piątek, 16 grudnia 2016

Droga daje!

Jazda na rowerze to wielka sprawa. Rower jest wspaniały. Niesie niczym nie skrępowaną radość. Pomaga, kiedy na horyzoncie pojawiają się problemy. Rower leczy! Skołatane myśli i zszargane nerwy. Skraca dystans, ten dosłowny i ten mniej oczywisty. Pozwala dotrzeć dalej, zobaczyć więcej. Jest niczym róg obfitości. Wyświechtane frazesy? Zgadza się. Nic mnie jednak nie powstrzyma od ich wygłaszania. Uważam, że to niezbyt wygórowana cena za wiarygodność, którą winien jestem gospodarzowi i czytelnikom tego bloga. Płacę z prawdziwą przyjemnością. Tak! Rower jest dla mnie ważny.


Nie jeżdżę od zawsze, jeżdżę od dwóch lat. Trochę tu, trochę tam. Stare robotnicze dzielnice, zapomniane podwórka, drogi kończące się gdzieś na szczycie hałdy. Tak lubię najbardziej. Więcej z tego zdjęć na Instagramie niż nabitych kilometrów.  Nie znaczy to wcale, że unikam wypadów za miasto, tam gdzie słowiczy trel, gdzie szemrzący potok wśród drzew. Oklepane? Nic na to nie poradzę. Rowerowa eskapada bywa i taka. Na szczęście bywa też wzruszającym, pełnym uniesień doświadczeniem. Wtedy nie bójmy się łez!
Jedź! Droga daje! Tak to się zwykle zaczyna. Słyszę głos. Klupnij sie w łeb odpowiadam, zaraz potem zasiadam do mapy. Ulga jest natychmiastowa. Tym razem przyglądam się Kuźni Raciborskiej. W tamte strony wysyła mnie syn zafascynowany historią wielkiego pożaru. Następnym razem młody! Obiecuję i wybieram Płużnicę Wielką. Przekroczę zachodnią granicę województwa. Powód, jak każdy inny. Ani lepszy, ani gorszy. Trasa na mapie wygląda dobrze. Z obliczeń wynika, że powinienem zamknąć się w 120 - 130 kilometrach. Będzie jak znalazł na ten krótki, listopadowy dzień.
Początek nie jest łatwy. Wybieram rower szosowy, a to oznacza, że nie mogę skorzystać ze wszystkich znanych mi w aglomeracji skrótów. Ładuję się więc na DK 94 i wjeżdżam do Bytomia od wschodu, razem z kawalkadą tirów. W samym mieście śmigam pomiędzy familokami na pamięć. Spotykam starych znajomych, stawiam śniadanie i pędzę dalej w kierunku Strzelców Bytomskich. Na rondzie, tym przy A1, odbijam w lewo. Po chwili jestem już na ulicy Dąbrowa Miejska. To pierwszy, naprawdę przyjemny odcinek. Nawierzchnia jest ok, choć na poboczu zalegają liście oraz modrzewiowe igliwie. Ruch samochodowy umiarkowany, jest szansa spokojnie przycisnąć. Nie tracę okazji. Bez problemu przebijam się przez Stolarzowice. Nadal pozostaję w administracyjnych granicach Bytomia, mimo to krajobraz zmienia się jak cięty nożem. Jednorodzinna zabudowa, czerwona cegła, której nigdy nie potrafię się oprzeć, w polu robota jakby to były żniwa.  Przez moment wyobrażam sobie rodzinne agro-wczasy w okolicy.



Niestety jezdnia powoli traci na jakości. Na samym zjeździe do Zbrosławic, tuż przed niewielkim mostkiem, pojawia się kilka głębokich dziur. Kontynuuję podróż doliną Dramy i zygzakiem docieram do pobliskiego Kamieńca.


Po kilku zdjęciach i małej przekąsce odbijam w prawo, na Księży Las, który okazuje się bardzo miłym miejscem. Tu jest po prostu ładnie. Pytam mieszkańców o drogę do Toszka i tym sposobem trafiam na absolutnie fantastyczny odcinek, który wiedzie mnie do miejscowości Łubie.


Widoki są wspaniałe, rozległa przestrzeń i falujący teren przede mną. Przystaję zachwycony, gmeram coś w aparacie, mija mnie samochód. Obserwuję, jak się oddala, a wygląda to mniej więcej tak; znika za wzniesieniem, nieco mniejszy wyłania się na następnym, po chwili znów znika, jeszcze mniejszy pojawia się na kolejnym wzniesieniu. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że już to gdzieś widziałem. Główkuję chwilę. Mam! To kreskówka z dzieciństwa. Czuję się jak w bajce. Głos z akapitu powyżej przechodzi w ryk. Jedź! Czekałem na ten moment! Ruszam mocno nabuzowany, bardzo pozytywnie oceniam również formę, idę na całość. Efekt jest taki, że do Toszka wpadam w zupełnej euforii.




Na rynku zaopatruję się w płyny, a lekki posiłek zjadam na wzgórzu zamkowym. Tyle razy przejeżdżałem tędy samochodem i jakoś nigdy nie znalazłem okazji by się zatrzymać.  Nareszcie się udaje. Kręcę się na luzie w ciasnych uliczkach. Chyba jeszcze nie wspominałem, ale za to też bardzo cienię rower, za możliwość jednoczesnego przemieszczania się „przez” i bycia „w”. Dla mnie egzystencjalny majstersztyk. Nabieram ochoty na kawę. Nie zamierzam, w tak ważnej kwestii zadawać się na ślepy los. Zagajam więc do pani na rowerze. Sympatyczny ten Toszek. Udaję się do cukierni "Grzybek”, gdzie pewna sekwencja zdarzeń karze mi wierzyć w drugiego człowieka. Najpierw przemiły pan Piotr, bez najmniejszego kręcenia nosem pozwala mi wprowadzić rower do środka. Następnie bierze sprawy w swoje ręce i targa koło na zaplecze, kończy zaś aktem bezinteresownej miłości bliźniego. W mieście awaria! Centralny wodociąg szlag trafił, o czym przekonuję się w toalecie utytłany mydłem. Z odsieczą i butelką mineralnej rusza pan Piotr. Ta sama mineralna, parzona z fusami i bezowy torcik smakują wyśmienicie. Opuszczam lokal w doskonałym humorze.


Konsekwentnie omijam drogę krajową, obieram kierunek na Grabinę i Płużniczkę. Po drodze mijam rowerzystę i znów nie mogę sobie odmówić. Stosuję najprostszy z możliwych trików – pytam o drogę, którą dobrze znam. Pan Piotr nr 2 okazuję się być jeszcze jednym fajnym Piotrem. Natychmiast skraca dystans tłumacząc mi co i jak. Pogawędka rozwija się bardzo dynamicznie, już po minucie nadajemy na cholerną komunę. Padają ciężkie, smoliste przekleństwa. To nas zbliża. Ostatnie bariery pękają kiedy okazuje się, że Piotr nr 2 doskonale kojarzy Stary Chorzów – moją dzielnicę. Po dwóch minutach schodzimy na Ruch Chorzów, a ja zastanawiam się czy nie kontynuować jazdy w towarzystwie fanatycznego kibica niebieskich. Na odchodnym poznaję jeszcze zdrowotne problemy pana Piotra. Jeździ, bo tak mu zalecił lekarz. Jeśli nie weźmie się za siebie, może szykować się na tamten świat. Nie głupia rada. Też czuję, że żyję jadąc przed siebie.



W Płużnicy nie zabawiam długo. Wstępuję do sklepu, bo kusi mnie stara lamperia. Siedzę chwilę na przystanku, podjeżdża busik, odjeżdża busik. Nic tu się więcej nie wydarzy.
Wracam. Znów krótki odcinek pokonuję prowadząc rower, fragmentami droga wysypana jest świeżym tłuczniem. Nagle go dostrzegam. Scena przebija wszystko, co spotkało mnie do tej pory! Przepiękny trakt porośnięty starymi dębami wrzyna się w łagodne wzniesienie. Prowadzi na szczyt, gdzie niczym samotna wyspa na ocenie, ściele się równie piękny zagajnik. Wszystko tonie w brązach: drzewa, liście, ziemia.
Tamten perfekcyjnie balansuje ciałem. Co za technika! Sven albo sam diabeł! Idzie jak w transie, na zwykłym składaku. Rozmiękła gleba nie jest w stanie go zatrzymać. Na kole trzyma się pies. Nie! Został. Grzęźnie w błocie po uszy. Natychmiast podejmuje decyzję – muszę go poznać. Sven to pan Wojtek, przemiły człowiek. Czy to mnie dziwi? Nie, nie dzisiaj! Gawędzimy o starych dobrych czasach. Pojawia się wątek ojca, córki. Ponoć trakt pozbawiony pielęgnacji zarasta. Przytakuję myśląc o czymś innym. Wojtek! Gdybyś ty o rowerowych przeczytał tyle co ja, zwłaszcza na internetowych forach, w życiu byś się nie przedarł. Nawet byś się nie odważył. Człowieku! Świat nie stoi w miejscu, świat nie będzie na nas czekał. Musimy inwestować, albo zginiemy obaj. W ramę, opony, koła, kasety, kierę, pedały, korby, karbony, skarpety, dżerseje, kaski, latarki, batony, bidony, buty, plecaki, sztyce, łańcuchy i blaty.


Zamierzam wracać okrężną drogą. Jest już dobrze po południ, czym się oczywiście nie przejmuję. W domu powinienem znaleźć się zanim zapadnie zmrok. Kieruję się na Sarnów i Świbie. Koło godziny piętnastej chciałbym się zameldować w Tarnowskich Górach. Nie wszystko idzie jednak po mojej myśli. Zrywa się wiatr. Silne podmuchy spychają mnie do środka jezdni. Szybko orientuję się, że nie słyszę samochodów nadjeżdżających z tyłu. Staram się trzymać pobocza, co momentami bywa jeszcze gorszym rozwiązaniem. Dziury rosną w załzawionych oczach. Okulary znajdę na podjeździe przed domem. Moje tempo spada w sposób niekontrolowany. To nie ma sensu. Z trudem przepycham się do Wielowsi, tam koryguję plany. Skręcam na Kotków, Wojska i znajomy już Księży Las. Do Bytomia docieram wraz z ostatnimi promieniami słońca.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz