piątek, 7 lipca 2017

kolej rzeczy


Lubię wstawać super wcześnie rano na rower i mieć takie rozterki - tuż po uciszeniu budzika (czy tam telefonu): wstawać, czy nie wstawać. I zwykle rozterki muszę szybko rozchodzić - szybka oblucja, szybki strzał budesonidem w płuco - i już robi się zwykły poranek, tylko wcześniejszy. Za łazienkowym oknem zwykle budzi się już dzień. Zwykle. A tym razem jest niezwykle - miało być w dzień ojca, ale nie dało się, więc wyszło "w okolicy dnia ojca", lub "dna ojca". 

Nie zjadłem śniadania, bo najpierw musimy dostać się z Oławy do Jelcza na tamtejszy dworzec kolejowy, z którego o 4:49 ma odjechać pociąg do Opola linią kolejową, którą każdy lokalny Wołoszański chciał się przejechać, ale nie każdy ma odwagę wstać tak wcześnie, że jednocześnie bardzo późno. No więc śniadanie - jego substytut - powędrował do kieszonki. W pociągu zjem. Ale najpierw 18 km sprintu, żeby nie spóźnić się, jak przed rokiem. Choć przed rokiem, pociąg się zepsuł i nie odjechał w ogóle.


Miasto o 4 rano jest księżycowe. Jedni idą uliczkami próbując stać się niewidzialnymi - trą o mury starając się zgłębić tajniki mimikry. Zapach ich zdradza. Rano nie ma aut, nie ma wyziewów z pierogarni - zapach niesie się po sformatowanym, rześkim powietrzu. Kolory są zgaszone, a ptaki rozwrzeszczane. Jest jednocześnie i głośno, i cicho. Co chwila ktoś - przeciwnie do udających mątwy - stara się być bardzo widocznym i czeka na kolegów/kierowców jadących do pracy. Dym z papierosa unosi się nad takim delikwentem zaznaczając jego obecność.

Droga do Jelcza leci szybko jak resztki zapasów energii z krwi. 18 km na czczo wyjaławia krew, która pewnie ma konsystencję tonera do drukarki. Jest! Pociąg stoi. Wsiadamy z rowerami, we dwóch podwajamy na jakiś czas liczbę ludzi w popularnym "kiblu" (EN-57).




Żaden ze mnie fan kolei - lubię po prostu jazdę pociągiem. Takim szczególnie - na malowniczej linii, która przecina moje ulubione lokalizacje Stobrawskiego Parku Krajobrazowego. Z asfaltu (no, to ciężko nazywać asfaltem w tej części, którą zwykle się poruszam) nie widać wszystkiego tak, jak z nasypu, z perspektywy wciąż pustego niemal składu. Wjazd na groblę między stawami hodowlanymi spowitymi mgłą rozświetloną przez wschodzące Słońce rozwala nam oczy.







Im bliżej Opola, tym pojawia się więcej ludzi. Pociąg pokonuje te 60 km w prawie półtorej godziny. Miejscami jedzie wolniej, niż idąca pieszo pszczoła zmęczona całodniowym targaniem pyłku w imię etosu chwały za pracę. Wysiadamy na Głównym - a tuż po szóstej rano w Opolu na drogach młyn. Na Dolnym Śląsku boimy się aut z rejestracjami zaczynającymi się na "O", a tu jesteśmy w ich "gnieździe". Niemniej bezpiecznie i wydostajemy się za miasto, bez zwiedzania. No prawie bez.




Gładkimi drogami (naprawdę dużo ładnych asfaltów) kierujemy się pi-razy-drzwi na Nysę. Zaskakują nas lekkie hopki - cała masa. Długie proste, na końcu zakręt kilka stopni i kolejne proste. A czasami droga wije się wokół nie bardzo wiadomo czego, a czasami prowadzi na jakiejś starej grobli (no bo drzewa przy niej o około metrowej średnicy pnia). Fajnie przy tym wygląda linia kolejowa, która przecina naszą trasę raz po raz. Dużo rozmawiamy o miejscu, które zaraz miniemy. Teoretycznie miniemy...



...bo jedna się zatrzymaliśmy i trochę poczytaliśmy na tablicach i epitafiach egzotycznych nazwisk. To cmentarz, jeden z wielu jaki pozostał po obozie jenieckim urządzonym na były m poligonie w Łambinowicach.



(to głupie zdjęcie, ale jeden bocian na gnieździe, 
a drugi na szczycie dachu wymagały wyciągnięcia aparatu)


Gdzieś już pod Nysą odbiliśmy na północny zachód ostatni raz przecinając malowniczą linię kolejową Opole - Nysa z tymi pięknymi słupami (telegraficznymi?) i przekraczając Nysę Kłodzką. Krajobraz - zgodnie z oczekiwaniami stał się już mniej leśny, ale za to bardziej pagórkowaty. Majaczące na horyzoncie Sudety Wschodnie z Jesenikami i Biskupią Kopą były ledwie widoczne, ale mnie i tak - jak zwykle - cieszyła ich bliskość.



Sforsowalismy DK 46 - nie wiem, czy jest ruchliwsza droga na świecie. musieliśmy przejechać nią ze 20 metrów, a okazji do zejścia z tego świata było zylion. I to nie gdzieś w polu - normalnie w terenie zabudowanym. Miła pani w jakimś czarnym aucie ustąpiła nam pierwszeństwa. Mam nadzieję, że nie zginęła najechana przez jadącego za nią tira. Za Skoroszycami (taka wieś przy DW 401 z pomnikiem ku chwale dzielnych gierojów strzeżonym przed dwie armaty) zaczyna się taki ładny region o koszmarnych asfaltach. Mało tam jeździmy, ale dużo gadamy o tym, że trzeba ten region lepiej poznać. Nawet dużo lepiej, żeby nie lądować (przynajmniej na szosach) w szutrach i grząskim piachu. To nie jest złe, ja to lubię nawet, ale nie kiedy muchy końskie brzęczą jak wnętrze poloneza gdy tylko prędkość zejdzie poniżej 20 km/h (nasza prędkość, nie poloneza). Niemniej mój nawigacyjny fakap - pomijając muchy i kilka prób przelotu przez kierownicę - prowadzi w pięknym terenie.

We wsiach niespodziewanie głównie albo piękne asfalty, albo przynajmniej nie-najgorsze. I podjazdy, takie po 3-4%, ciągnące się przez dłuższe sekcje - to żadne tam kilery, ale parę razy nas zaskoczyły, bo wg mapy nie miały się tu wydarzać takie miłe niespodzianki. Miłą niespodzianką był sklep, chyba w Kłodoboku (nazwy miejscowości też są z kosmosu).


Kłodobok to wieś z rynkiem - na centralnym placu, przed niewielkim kościołem pomnik z tablicami upamiętniającymi zamordowanych przez UPA mieszkańców podtarnopolskiej wsi Głęboczek. Ci mieszkańcy, którzy przeżyli czystki etniczne i dalej samą wojnę, zostali tutaj przesiedleni. Prawdopodobnie wcześniej w tym miejscu stał pruski denkmal (tak mi podpowiada moja wołoszańskowata logika)



Jeszcze milsze niespodzianki kryły się w drodze na Sarby, przez Szklary. Totalnie znikąd piękna droga szeroka na pół auta, z asfaltem wygładzanym gęsim puchem. I do tego zjazd! trochę martwiłęm się tym, że w koło pełno saren, a ruch tu minimalny.


Po tym, jak minęliśmy Sarby (wieś na drodze z Ziębic do Grodkowa) prawie zabijając kompletnie naalkoholizowanego tubylca, wjechaliśmy na znane nam trasy wschodniej części Wzgórz Strzelińskich. Chyba wtedy już lekko mnie opuścił dobry nastrój, bo niewyspanie i te cholerne asfalty powodowały, że jazda nie była już przyjemnością. To nawet nie kwesta dystansu, ale jazda między dziurami (a jechaliśmy szybko, żeby wstydu na Stravie nie było, bo wcześniej tyle się zachwycaliśmy otoczeniem, że średnia spadła dramatycznie) wymaga takiego skupienia, że zasypiające oczy i ręce ze smoły nie chciały współpracować. Dojazd do DK 39 - nienaturalnie pełnej pędzących tirów - przywitałem jak błogosławieństwo. Bo jest gładka.

Generalnie południe Opolszczyzny jest świetnym regionem - im bliżej Nysy, Prudnika i Głuchołazów, tym większa szansa na świetne widoki, które da się podziwiać bez groźby zniszczenia kół. Po dolnośląskiej stronie jest gorzej. Zdarzają się piękne asfalty, naprawdę cuda, ale żeby do nich dojechać, trzeba przejść wszystkie levele najgorszych asfaltów, a czasem trzeba pokonać bossa - szutro-końskie-muchy-z-osrtymi-zjazdami.

W gruncie rzeczy mieliśmy się tylko przejechać pociągiem, który pewnie zaraz zostanie zdjęty z rozkładu ze względu na szatańską nierentowność, ale skoro już i tak wstaliśmy i wzięliśmy rowery...

:)


poniedziałek, 29 maja 2017

Katonal - lek na ból codzienności i weekendowe weltschmerzen ******


Staram się jeździć codziennie nie dlatego, że mam plan treningowy, ale dlatego, że lubię jeździć codziennie, a nawet kilka razy dziennie. Mogę czuć potrzebę odgórnego ograniczania - na przykład "maksymalnie pięć kaw" - ale nie w przypadku roweru. Na rowerze mogę być cały dzień. Ale nie mogę, bo żeby mieć czas na to, żeby mieć czas, to muszę pracować. Pewnie nie ja jeden. Ale kiedy już mam wolny czas w swoim zajętym czasie, to nie jest lekko - choć uwielbiam bujanie się wokół domu w odległości pięciu gmin czy powiatów, to jednak czasem lubię zaszaleć.

Plotki o tym, że przełęcz Červenohorské sedlo została otwarta (częściowo) i że zjazd do Loučnej nad Desnou jest czynny to było coś, na co się czekało. Ponoć wcześniej też się dawało, ale nikt nie dawał gwarancji, że kolejny raz też się uda. Kolegów na przykład gonił troll. Inni trafili na moment "tuż przed położeniem asfaltu" i jechali po idealnie ubitej podsypce, skutecznie ryjąc w niej bruzdę cienkim (w porównaniu do gąsienic pojazdów technicznych) jak żyletka kółkiem szosy.


Z kolegów, którzy nie zadają dwa razy pytania "o której kurwa?" został mi tylko Jacek, bo cała reszta zawsze traci zasięg po słowach "chciałbym wyjechać o 5:30 rano". Problem z Jackiem jest taki, ze zawsze nam się dobrze gada i jak jeździmy w zimie, to mam potem zapalenie krtani, a lecie od owadów zęby wyglądają jak wtedy, kiedy w podstawówce kolega z ławki uśmiechał się po zjedzeniu drożdżówki z makiem. Założenie było takie, że pojedziemy lekko - ja nie chciałem z pulsem wchodzić na wysokie obroty. 


Ciuchy zobowiązują - musisz cierpieć, kiedy masz na sobie tyle pieniędzy wydanych pod wpływem haseł o podejmowanym cierpieniu, przyjaźni itp. Nawet na filmach zawsze ktoś wjedzie w jedną kałużę, żeby był autentyzm - coś jak błoto w spreju dla tych posiadaczy modnych, angielskich SUVów, którym snorkel przeszkadza przy bramkach podziemnych parkingów. No i cierpnie polegało na tym, że ten piękny, szeroki asfalt pokrywała albo warstwa grysu, albo smoła. To było cierpnie, że przy prędkości 30 km/h rower tańczył jak na lodzie. A tu zjazd z taką ilością tornante, której najbliżej można szukać tysiąc kilometrów na południe stąd. 


O takie właśnie tornante. Akurat tu - idealnie czyste i tak szorstkie, jak lekarze na SORze powiatowego szpitala o 3.00 nad ranem.


Podjazd z Loučnej zaczęlismy za daleko - trudno, i tak właściwa część zaczyna się tuż za wsią, gdzie spotyka się ścieżka oficjalnego segmentu i nasza trasa. Po demonicznych zapowiedziach spodziewałem się naprawdę rzeźni - mój polar M450 nie pokazuje chwilowego nachylenia (a miał! skurczybyk!), a Jacka Edge 520 zwariował w lesie i przy okazji podjazdu i czasem coś pokazywał na wypłaszczeniach w okolicach 8%. Na Altimetrze opis podjazdu jest dość zgrabnie przedstawiony, choć trochę za patetycznie. Na pierwszej części jest las i tyle. Oczywiście piękny las, dający schronienie przed wiatrem (a to tu norma) i dający cień, o którym będzie można pomarzyć w końcowej fazie, gdy minie się górną stację kolejki. Wtedy zaczynają się widoki, oczywiście jeśli nie ma się jeszcze ciemno przed oczami. A w paru miejscach serduszko mi mocniej zabiło, jednak przyjęta taktyka trzymania się górnej granicy 4 strefy (no oko, przecież ja nie mam o tym pojęcia) udała się prawie w całości. Lepiej - czas całkiem nie najgorszy mi wyszedł. 

Po krótkim zjeździe i połączeniu się z asfaltem prowadzącym od Koutów zaczął się finalny atak - nieco ponad 2 km wspinania i to z bombowymi widokami, a przy wczorajszym braku wiatru i cyklamenowym niebie widoki były jak nie z tej szerokości geograficznej - gołe warstwowe skały, tuż obok, na wyciągnięcie ręki niemal - Pradziad. 1300 metrów nad poziomem morza - wał otaczający zbiornik elektrowni. Dla mnie cud - na Górze Żar nie robi takie wrażenia, ale to pewnie przez to, że ten w Polsce jest mniejszy, różnice wysokości są mniejsze, i dostępność jest mniejsza, bo zbiornik otoczony jest płotem - żeby za nic w świecie nie dało się z tego zrobić atrakcji turystycznej - jak ludzie chcą, to nie sobie wjadą starą kolejką z Gubałówki i niech paczą na Kęty. Jacek był zachwycony, bo byliśmy na górze tylko my - zwykle jest tu pierdyliard rolkarzy, którzy tak jak my łamią przepisy i wokół zbiornika popylają na tym, na czym przyjechali. Ja tutaj czuję się dziwnie - wszystko moje fobie w jednym miejscu, więc im dłużej jadę, tym bardziej ta trzymetrowa ścieżka wydaje się zwężać. Robimy zylion zdjęć i lecimy w dół.




W dół polecieliśmy już drogą na Kouty i tak też polecam, bo asfalt jest w bardzo dobrym stanie, nachylenia mniejsze i jest bezpieczniej. Widokowo też jest znacznie lepiej, bo dopiero na sam koniec wjeżdża się do lasu. Strasznie dawno temu tu byłem - ważyłem więcej, niż tonę i wszyscy patrzyli na mnie, jak foka w średnim wieku bujając wtacza się jednozawiasowym fullem mtb na górę. Zajęło mi to chyba z miesiąc wtedy, ale stracony czas odzyskałem przy zjeździe - przy takiej masie, jaką wtedy miałem, cud że nie spowodowałem globalnej katastrofy. Tym razem było też szybko - dopiero od połowy zjazdy pojawia się ryzyko, że wyskoczą zwierzęta czy turyści - mniej więcej przy dolnym zbiorniku.


Na wciąż wykańczanej częsci drogi Cervenohorskeho Sedla mejscami pojawił się ruch, nieobecny tu przed dwoma godzinami. Trochę motocykli, trochę ludzi kręcących filmy z fajnymi samochodami. Może to nie ten blog - ale nowy Jaguar F-Pace, choć wydaje się irracjonanym autem ("co? Jaguar ma SUVa??"), to jest dość ładny i w czarnym kolorze robi tam lepsze wrażenie na mnie, niż latające, wyrcząco-warczące Audi R8. 


Na szczycie przełęczy tylko jeden hotel nie jest remontowany. Uprzejma obsługa proponuje schowanie rowerów pod klucz w pomieszczeniu na narty. To miłe, podobnie jak pan kelner, który wykorzystał naszą obecność do przećwiczenia polskich liczebników "dwadzieścia", "trzydzieści", "czterdzieści". Wymiękł przy "sześćdziesiąt", więc pokazał na paragonie, że jest 162 korony za dwie kawy (jak zwykle "presso" nie oznacza espresso, ale że z ekspresu, stąd pytanie, czy z mlekiem) i dwie marlenki, które są miodownikami. Breloczki po 150 - są szosowe i mtb. 




Auto zostawiliśmy w centrum Jesenika i to spoko pomysł, bo gdybyśmy mieli więcej czasu, to zrobilibyśmy jeszcze Rejviz, ale czasu nie było. Około 11.00 drogi zapełniły się motocyklistami i już przestało być tak fajnie, więc rada jest taka - trzeba tam jechać. Najprędzej, jak się da i najwcześniej, jak to możliwe. Żadnej więcej błyskotliwej puenty :) nie jest konieczna w takim/po takim miejscu.

wtorek, 7 lutego 2017

Stężenie dopuszczalne

Zanim to się wydarzy muszę jeszcze pokonać schody. Skradam się. Wszelkimi sposobami próbuję przechytrzyć grawitację, mimo to stare drewno skrzypi. Każdy jeden stopień lamentuje w oskarżycielskim tonie, jakby schody wiedziały. Jestem już na parterze, kiedy z góry dobiega głos. Mój syn się przebudził i pyta ciemność o jakiś szczegół z życia Lewandowskiego. Nie odpowiadam, w nosie mam też dalszą ostrożność. Rzucam się do kuchni, dwoma susami dopadam spiżarki. Pod drzwiami garuje wiecznie głodny kot. Nagły ruch powietrza dosłownie mrozi krew w żyłach. To tylko wiecznie głodny pies. Trącam tego mniejszego, szarpię za klamkę. Po lewej! Druga półka od dołu! Już szperam w szklanym naczyniu, które w domu nazywamy kulą. Nie! To pułapka. Moja pięść utknęła w środku. Tylko dzięki ogromnemu doświadczeniu wydostaję dłoń, nie tracąc przy tym całego łupu. Los się wypełnił. Gwizdnąłem młodemu żelki. Teraz zamierzam odpokutować. Będę się karcił długo, będę połykał żabę żywcem, będę jechał przez Chorzów Batory, Rudę Śląską, Knurów. Dobrych ludzi przez życie prowadzi tęcza, złodziejom żelków na horyzoncie ściele się wyłącznie smog.


Styczeń, niedziela, temperatura kilka stopni poniżej zera. Wyjeżdżam później niż zakładałem. To przez wrodzoną skłonność do wylegiwania się. Ruch na ulicach niewielki, cieszę się, bo jadę przez centrum. Na jednym z głównych skrzyżowań zatrzymuje mnie czerwone. Ustawiam się możliwie blisko prawej krawędzi jezdni. Z lewej zajeżdża biała bryka. Tegoroczny Oscar za efekty dźwiękowe właśnie został przyznany. Bas jest zarazem miękki i dojmujący. Głęboko penetruje trzewia. Mimowolnie łapię rytm, zaczynam się bujać. Siłą rzeczy realizuję się głównie w układzie wertykalnym. Górny chwyt, łokcie pracują. Kierowca idzie na całość w osi horyzontalnej. Nigdy bym nie przypuszczał, że człowiek zapięty w pasy, zdolny jest do takich rzeczy. Zielone.


Ponoć prezydent Trump chwali sobie waterboarding. Przejazd przez Chorzów Batory, chwila wytchnienia w Lasach Panewnickich i dalsza podróż przez Rudę Śląską, śmiało może konkurować z tą wyrafinowaną torturą. Lekko podduszony dobijam do drogi 44, przekraczam ją i skręcam w pierwszą w prawo. Mijam dmuchanego jelonka w rozmiarze XXL, po chwili jestem znowu na DK 44. Jazda bez nawigacji to świadomy wybór. Nie twierdzę jednak, że dokonuję wyłącznie słusznych wyborów. W Przyszowicach odbijam na Gierałtowice, Knurów.



W samym Knurowie decyduję się na pierwszą przerwę. Dlaczego zatrzymuję się pod autostradą? Szukam pokuty. Dlaczego wszystko w Knurowie wydaje mi się takie amerykańskie? Nie mam pojęcia. Jeżdżę sam, dzięki czemu znam kilka fajnych trików na nudę w siodełku. Najskuteczniejszy to oczywiście dobry wycisk. Lubię też na trasie rozwiązywać coś na kształt wizualnej krzyżówki. Szukam w przestrzeni fragmentów, które budują określony ciąg skojarzeń. Czasem jest to film, czasem książka. Tym razem hasło krzyżówki brzmi: Clairton - miasto w Pensylwanii znane między innymi z Łowcy Jeleni. Zaskakujące, jak wiele w Knurowie przypomina mi arcydzieło Michaela Cimino. Tu i tam ten sam gęsty, przytłaczający krajobraz. To nie Lidl! To przydrożny motel. W pokoju pod ósemką sprawy potoczyły się źle. Żegnaj dziecino! Muszę pryskać z miasta. Na parkingu, w trupim świetle neonów, połyskuje rasowane Camaro. Rzeczywiście, muszę natychmiast ruszać. Od tego pyłu zawieszonego wszystko miesza się we łbie. Ostatkiem świadomości obiecuję sobie, że jeśli spotkam po drodze kolejnego jelenia, zadzwonię po pomoc. 


Drogą 921 kieruję się na Rudy. Za Stanicą w powietrzu wyczuwam tlen. To znak, że dalej będę przemieszczał się w obrębie Parku Krajobrazowego Cysterskie Kompozycje Krajobrazowe Rud Wielkich. W oddali dostrzegam samochód, wygląda jakby rzuciło go na lewe pobocze. Na szczęście wszystko gra, jestem u słynnego źródełka. Panie! Ta jedna to pięć lata trzymała butlę w szafie. Woda nawet nie zaśmierdła. Tamta druga do Niemiec wozi. Na cieszyńskiej etnologii już miałbym zaliczenie z badań terenowych i kajet pełen informacji o prawdziwych cudach. Takie źródełka to nie tylko czysty czajnik i kawa lepsza od innych. Żywa woda błogosławi, odwraca choroby, oczyszcza. Niczego dziś więcej nie potrzebuję. Już sięgam po bidon... rezygnuję. Płoszy mnie wizja cudu, który wymyka się spod kontroli - zostaję blogowym ewangelistą nauczającym w sieci.


Rudy są piękne. Pocysterski Zespół Klasztorno-Pałacowy jest piękny. Rzeka wije się pięknie. Drzewostan jest piękny. Ścieżki wokół są piękne, śnieg na nich twardy i zbity. Z łatwością pokonuję pętelkę na 25-tkach. Resztki pomnika żołnierzy poległych w wojnach napoleońskich też są piękne. W toalecie obowiązuje zakaz wprowadzania rowerów, co nie znaczy, że wewnątrz nie jest pięknie. Ruszam na północ.



Nagle - gwizd! Nagle - świst! Pruje z prędkością, która dziś nie jest mi dana. Chciałem kuknąć na sprzęt, lecz zdążyłem zauważyć jedynie zaciśnięte usta. Najprawdopodobniej w niemym proteście przeciwko żelkowym rabusiom. Żarty żartami, a tu trzeba zdobyć się na powagę. Mamy dwa możliwe warianty interpretacji zdarzenia. Pierwszy - najbardziej prawdopodobny. Jesteś jednym z tych szajbusów, który dla kolarstwa stracił głowę. Wspinasz się na swój osobisty szczyt. Upadasz, wstajesz. Pot i łzy leją się strumieniami. W wyścigu o puchar wójta byłeś czwarty. Jesteś źródłem inspiracji, pomostem do świata największych. Jesteś Kimś. Wariant drugi - niestety istniejesz, również w kontekście rowerowej pasji. Jesteś klasycznym mądralą, dzielisz, kategoryzujesz. Jeździsz zafiksowany, a przez to wiecznie sfrustrowany. Pamiętne słowa Pirata próbujesz światu udowodnić w parkowej alejce. Bywa, że jadę tam z sześcioletnim synem. Nie szanujesz jego zdrowia, ani przyszłości, której nie znam. W wyścigu o puchar wójta byłeś pierwszy. Wariancie drugi! Wróć na moment do Knurowa i przypomnij sobie, jak wiele kojarzy mi się z amerykańskim kinem. Draśniesz mojego syna, a na rower już nie wsiądziesz. Drogą 919 docieram do Sośnicowic.




Śmiem twierdzić, że takich Sośnicowic mamy na pęczki. Wszystkie je bardzo lubię. Są Sośnicowice większe, są i trochę mniejsze. W pierwszych stoi jeszcze pałac, w drugich nigdy go nie było. We wszystkich Idzie Nowe budzi tyle samo obaw, co nadziei. Zawsze tak było i długo pozostanie. Sośnicowice mają swój urok, któremu nie potrafię się oprzeć. Mógłbym go chłonąć godzinami. Najchętniej przez panoramiczne okna cukierni Hania, gdzie pani Justyna raczy mnie kawą i grylażowym torcikiem. Dochodzi piętnasta. Czas zawijać do domu, zanim zacznie zmierzchać. Ostatni raz spoglądam przez ramię. Ona nadal jest kelnerką, tamten przy ladzie wygląda na pianistę z jazzowym zacięciem. Do Bojkowa jedzie się dobrze. Dalej smog...