poniedziałek, 23 października 2017

5 godzin 29 minut 40 sekund wakacji między Dreznem, Hermsdorfem, Pulsnitz i Radebergiem


Jakiś czas temu napisał do mnie człowiek, który jak do mnie pisze, zawsze oznacza to coś poważnego. Po pierwsze dlatego, że pisze do mnie niezmiernie nieczęsto, a po drugie, że to człowiek, który jak już pisze raczej w poważnych sytuacjach. Ta okazała się bardzo poważna: "Sienkiewicz, napisz książkę". Pierwsze co mi przebiegło przez głowę to nie fejm i wizja kolejek w empiku, bo to mi nie grozi w obu przypadkach, ale to, że w końcu nastąpi zdecydowany koniec wszelkich drwin. W 96% przypadków, w urzędzie, w szpitalu, gdziekolwiek:
- Nazwisko?
- Sienkiewicz.
- Ten pisarz?
- Nie, fotograf. - a po chwili - Jasne, kurwa, że pisarz!

W porównaniu do "oryginalnego" Sienkiewicza jestem pewny, że ilość słów i metafory rozbudowane na pięć rozdziałów spokojnie by się dało i z mojej strony. Ale jak tu nie pisać? Jadę w takiej Saksonii (i kawałkami Brandenburgii) i co zakręt to historia. A z wyjątkiem kilku prostych drogi Saksonii składają się głównie z zakrętów, zakrętów w górę i zakrętów w dół. Gdybym miał kamerę sportową zamontowaną na kierownicy i ustawiłbym ją, aby robiła jedno zdjęcie co 10 sekund, to idę o zakład, że w większości nie dało by się rozpoznać miejsca w dwóch kolejnych zdjęciach. To zabawne, bo nie jest tu wyjątkowo stromo czy górzyście. Jest szatańsko pagórkowato i czasem te "pagóry-paragóry" potrafią mocno zapiec, jednak oferta widoko-jakościowa jest powalająca. 

Weekend nie zapowiadał się stabilnie w temacie pogody. Zabrałem rodzinę do Drezna, na północno-wschodnią część, blisko do kilku miejscowości, o których już wcześniej pisałem i całkiem niedaleko od Szwajcarii Saksońskiej, o której pisałem w Szosie. Pogody nie ma się co bać, bo drogi są głównie w perfekcyjnym stanie i są czyste, a to oznacza, że rower po takiej jeździe w deszczu można zlać wodą i będzie czysty. A ponieważ woda w niemieckich kranach jest miękka, więc nie będzie też zacieków. Genialne, nie?






















Myślałem o tym, co może być w takiej książce spoiwem. Ani ze mnie sportowiec, ani wybitny długodystansowiec, ani wspinacz. Zwykły gość lubiący jeździć. I nie mam tu strasznego zagięcia, że muszą być Alpy abo śmierć. Lubię nawet moje rundy wokół domu, taką typową na poniedziałek, choć nie dzisiejszy. Dlaczego? Bo na rowerze jestem na wakacjach. A jak mam ciut więcej czasu to jadę w miejsca, które choć są blisko domu, to mają w sobie jakiś element, który przenosi mnie w inny czas, wcześniejszy, jeszcze bardziej wakacyjny, nawet jeśli jest to zima. 

W Niemczech czuję sie podwójnie na wakacjach, bo mój obłęd - natłok myśli, kiedy jeżdżę przez poniemieckie wsie - czyli wszystkie w mojej okolicy - ma chwilę odpoczynku. Nie muszę wizualizować sobie tego, "jak tu mogło być pięknie". Tu jest tak, jak ma być, wszystko jest zadbane i żyjące. Jeśli są kamienne słupki z oczkami, to wciąż pełnią swoja funkcję. Nie trzeba się wszystkiego domyślać. Na zdjęciu powyżej piękna uliczka, piękny strumień, wszystko piękne. Identyczny układ wsi jak w Samborowiczkach pod Gromnikiem. Wąwóz, wieś podzielona wodą, strome uliczki. I tak wszędzie. Mogę jechać i dać spienionej wyobraźni odpocząć.






Do wszystkiego dochodzą jeszcze kierowcy. W tym roku jeździłem po Belgii, Szwajcarii, Włoszech, Czechach, Niemczech i Polsce. Według mnie najlepiej z rowerzystami jeżdżą Niemcy, ale na drugiem miejscu stawiam na Polaków, potem długo, długo nic, a potem reszta kierowców. Niemcy nie bardzo się denerwują, kiedy kolarz jedzie szosą, gdy obok jest ścieżka rowerowa. Podobno w Niemczech można olać ścieżkę rowerową, gdy ma się rower o wadze poniżej 7 kg. Ja ścieżek czasem używałem, ale w sporej części były przysypane liśćmi tak bardzo, że nie dało się po nich bezpiecznie jechać. Na otwartych przestrzeniach - szerokie asfalty na ścieżce były jeszcze lepszej jakości, niż te na drodze dla samochodów.

W pierwszy weekend listopada w Pulsnitz będzie święto pierników - Pulsnitz to taki saksoński Toruń, ale bez Kopernika. Pulsnitz jest tak piękne, że i bez festynu pierników można tam stracić głowę. 

Ale spokojnie, nie ma się co martwić - głowę można w Saksonii stracić średnio co dziesięć sekund jazdy. To ewidentnie najpiękniejsze miejsce, w jakim można jeździć rowerem. Szosowym, grawelowym czy takim zwykłym, co ma koła i pedały. 




poniedziałek, 2 października 2017

Góry Sowie można (już) w kółko.


Jeżdżenie po Czechach jest super i jakbym miał policzyć ilość razy, kiedy komukolwiek polecałem jakiś region na szosowy weekend, to zdecydowana większość destynacji wskazywała na Jeseniki. Od dzisiaj koniec. Rzucam wszystko i jedżdżę w Góry Sowie. 


Przez wiele lat drogi Gór Sowich pracowały na opinię miejsca idealnego na zabicie zawieszenia i opon w samochodach i rowerach oraz plomb dentystycznych w uzębieniu kierowców, ich pasażerów i rowerzystów. Gdy pierwszy raz zobaczyłem fatbike'a, to pomyślałem, że w końcu eksploracja doliny z Glinnem i Michałkową będzie możliwa na dwóch - bardzo grubych - kołach. Tymczasem przed rokiem trochę zaczęliśmy tam jeździć, bo znaleźliśmy dwa czy trzy nowe asfalty. Do tego Góry Sowie oferowały coś, czego nie ma ani wokół Ślęży, ani w Kocich Górach - strome ściany dłuższe niż podjazdy na wiadukty. Tylko czasem był problem, żeby z nich zjechać inaczej, niż na dupie. 


Z Tomkiem pojechaliśmy sprawdzić, czy za tydzień na Muro di Sormano damy radę podjechać, czy lepiej - zamiast rowerów - zabrać buty trekingowe. Okazało się, że nie jest źle. Najbardziej stromy podjazd Gór Sowich na 100 metrach osiąga ponad 25%. Zanim to, kilkaset wcześniejszych metrów to 12-16%, więc trzeba rozłożyć siły, których czasem może zabraknąć po wcześniejszych łagodnych 5% i dwóch kilometrach bruku. Każdy na ten bruk trafi, bo to droga z Pieszyc na Przełęcz Walimską. I to jest jeden z punktów obowiązkowych i warto go zrobić w pierwszej kolejności, bo tam jest już najgorszy asfalt w całym regionie. Pozostałe przełęcze są już w idealnym lub dobrym stanie. A trochę ich jest - Sokola, Srebrnogóska, Woliborska i najwyżej położona Jugowska. Jugowska jest genialna na zjazd w kierunku Pieszyc, bo jest bardzo szybka i można bezpiecznie rozwijać spore prędkości, dlatego nie robię tam zdjęć, ale jeśli bym robił, to z racji lasu obraz byłby taki:


Generalnie Góry Sowie są zalesione i czasem pojawia się widok. Na przykład ze ślepych dróg prowadzących z Rościszowa czy ślepych dojazdów gdzieś na północ od Walimia w drodze na Glinno. Absolutnie warto wbijać się w każde ładne skręty, bo po pierwsze można tam trafić mniejszy ruch, a po drugie - są tam ścianki. Nam zależało na ścianach, więc jakiś czas temu zacząłem zbierać informacje o różnych skrótach między meandrującymi głównymi szlakami. 



Obszar nieco mniej zarośnięty drzewami między Walimiem, Jeziorem Lubachowskim i Glinnem to miejsce spektakularnych podjazdów, przyjemnych widoków i w miarę spokojnego ruchu. Kiedyś, z dwanaście lat temu, była tam jedna agroturystyka. Teraz jest ich sporo, a region zaczyna żyć nie tylko za sprawą legendarnego Komleksu Riese. Grupa pasjonatów rozbudowała i rozsławiła doskonałe ścieżki mtb, więc teraz czas na szosy :) Tym bardziej, że z małym wyjątkiem, wszędzie asfalty są doskonałe! Zjeździliśmy niewielki fragment - niecałe 80 km jednego dnia i w tym nie było więcej, niż 2 km nieprzyjemnego asfaltu i nie więcej niż 5 km zwietrzałego, ale równego.



Zjazd z Przełęczy Walimskiem do Walimia z najładniejszym, brukowanym "tornante". Z racji lasów liściastych jesień jest ewidentnie najlepszą porą na te niesamowite góry. Kiedy będziesz cisnąć ile wlezie po bruku, nie przegap zaraz za znakiem "Walim" krętu w prawo. Ostro w górę ulicą Słowackiego wrócisz skrótem nieco ponad powyższą agrafkę, ale kolejne "naście" procent będzie odhaczone z listy.



Kiedy ponownie zjeżdżając z bruku wpada się do Walimia, warto jeszcze raz wjechać w prawo, ale już nie Słowackiego, ale w Różaną i wąskim asfaltem na skarpie pogonić w kierunku podjazdu na Nową Kolonię.




W Walimiu mieliśmy w planie pojechać stromo zapowiadające się podjazdy na Włodarz i ulicą Kilińskiego, niestety był jakiś rajd i droga została zamknięta. Innym razem przy objeździe południowej strony Sowich.


Kompleks Rzeczka to najbardziej znany chyba obiekt z militarnej historii Gór Sowich. Stale rozwijane atrakcje, stale odwiedzany, od niedawna z repliką/makietą V2 na parkingu. Brakuje tu miejsca na napicie się kawy. Niby jest, niby napisane BAR, ale w BARze kawa z błotem i snikersy. O nie - mam swoje standardy. O ile kawa z błotem podana w musztardówce z łyżką do latte przejdzie w Żulovej, to tam jest do niej parek w rohliku, a tu nie ma nic, co by tę kawę podbiło do wartości samej w sobie. 


Pojechaliśmy więc przez Rzeczkę na Przełęcz Sokolą mijani co chwila przez burcząco-grzmiące rajdówki zjeżdżające z trasy. To najruchliwsza przełęcz, ale na szerokiej drodze jest dość miejsca i można czuć się bezpiecznie. Na górze chcieliśmy podjechać do schroniska Orzeł, jednak akurat tamtego asfaltu wciąż nie odnowiono, a szkoda, bo wspina się te kilkaset metrów pod takim kątem, że będąc jeszcze 8-9% końcówki podjazdu na Sokolą, podjazd pod schronisko jawi się niemal jako pionowy. Za to w druga stronę piękny widok w kierunku Sokolca i dolina przecięta wąską nitką asfaltu: "Tomek, to wjedziemy z dołu, ok? A potem już tylko Jugowska i do auta, ok?" Tomek nie jest z tych, co protestują, więc nie najlepszym asfaltem zjechaliśmy główną drogą już Sokolca i odbiliśmy w prawo na mostek nad Sowim Potokiem. I ściana. Najpierw Garmin zawsze ma lekkie opóźnienie, więc kiedy asfalt wydaje się być bliżej przede mną, niż za mną, wciąż jeszcze pokazuje -2%. Inne zdanie na temat aktualnego gradientu ma moje serce. Spokojnie. Kiedy Garmin się budzi, wskazuje na 22%. Wiem, że może kłamać, ale Tomka pokazuje tyle samo kilkanaście metrów za mną. I to dość sporo trzyma. Potem wypłaszczenie do 15% i ten drewniany domek z bali "kompletnie nie pasujący do regionu". Ucieszyłem się, bo byłem przekonany, że to ten, co go widać z góry. Dupa, to nie ten. One tu mają gniazdo. Niemniej fajnie mi się jechało ten podjazd. Nawet odważnie sięgnąłem po telefon, żeby obfocić Tomka na pamiątkę, ale robią to na oślep trafiam tylko toitoia. To bardzo roztropna lokalizacja.




Przełęcz Jugowska za to jest ukoronowaniem. Jest najwyższa w paśmie, jest najłagodniejsza i teraz wjazd i zjazd z niej jest doskonały w każdą stronę. W przeciwieństwie do Walimskiej i Woliborskiej jest na niej największy spokój. Widokowo - w kilku miejscach można trafić rozległą panoramę, ale o jej "fajności" decyduje klimat. Zjazd do Pieszyc, przez Kamionki jest szybki i na końcu dość emocjonujący, kiedy na prędkości dosłownie leci się krętą, wiejską ulicą. 

Przyszłym razem, jak przeżyjemy Gran Fondo Il Lombardia, to zanim Góry Sowie zasypie śnieg, postaram się zjeździć pozostałe rejony. Pewne jest to, że gdybym miał tu przyjechać z daleka - na przykład z Warszawy, jak robią moi znajomi, to spokojnie bym to zrobił. Naprawdę warto tu przyjechać z każdego mniej lub bardziej odległego miejsca. 


wtorek, 29 sierpnia 2017

Tam i z powrotem


Wybieram Slow. Slow jest w dechę. Zamiast tempa i cyferek wolę otwartą głowę oraz to cudowne, narastające z każdym kilometrem uczucie. Coś się szykuje. Może już za najbliższym zakrętem, może za tamtym wzniesieniem. Po prostu jedź i bądź cierpliwy. A teraz patrz! W nocy asfalt pokryła jucha. Właśnie obsycha w porannym słońcu przywodząc na myśl prastare lądy. Pangea jeszcze broczy pod naporem kół. Jeremi Przybora w prochowcu owianym legendą spokojnie czeka na autobus. Z baru Kogucik wylewa się szlagier, choć jest grubo przed siódmą. Jakiś dzwon z oddali głośnym bim bam bom wdaje się w pyskówkę. Zdarzyć może się dosłownie wszystko. Takie jest prawo drogi i ja mu podlegam. Jadę więc niespiesznie, często schodzę z roweru, zagaduję nieznajomych, fotografuję. Jestem Slow. Sęk w tym, że tylko do czasu. Gdzieś tam na trasie czai się już inne uczucie. Silne. Jemu też muszę ulec. Co się miało wydarzyć już się wydarzyło. Pora zawinąć pętlę i wracać. Pokonany dystans jest tu zupełnie bez znaczenia. Liczy się coś innego, coś co obserwuję z rosnącym zainteresowaniem. Korci mnie Fast, ale tak fest. Szczerze? Dosyć mam Slow! Śmieszy mnie to całe przygodowe kręcenie sprzed chwili. Przyśpiesz albo giń! O tak! W mordę bym dał, byleby tylko szybciej dotrzeć do domu. Najchętniej cisnąłbym aparat w krzaki (następnym razem spróbuję z bidonem), a ulubionego Marina zamienił na prawdziwą wyścigówkę. Byle z amerykańskim rodowodem. Nie zawadzi również lepsza forma, jeszcze kilka urwanych kilogramów, może nawet skromny plan treningowy. Milcz! Po co to ględzenie. Prędzej, prędzej, prędzej... Skąd mi się to bierze? Diabli wiedzą. Trzymam kilka asów w rękawie, ale sportowe zacięcie na pewno do nich nie należy. Nigdy też przesadnie nie fascynowała mnie prędkość jako taka. Ostatni raz, kiedy pod jej wpływem serce zabiło mi mocniej, pamiętam jednak dobrze. Groszkowym Simsonem gzuję do babci. Za plecami, na samochodowej antenie powiewa rudy, lisi ogon. Drugi, lekko wpadający w czerń, dzieli mój kask na pół. Jestem w siódmym niebie pośród młokosów takich jak ja. 50 cm sześciennych grzmi, manetka gazu wreszcie stawia opór. Jeśli zza kępy traw, swoim podrasowany maluchem wyskoczy kuzyn, przeżyje tylko jeden z nas. Wieczorem kładę głowę do poduszki i słyszę głos. To Szalony Max o twarzy młodziutkiego Mela Gibsona. Przychodzi tak co noc, a potem skamle mi do ucha: dej sie karnąć. Prędkość! Lat nam nie ubywa, a ty wciąż czarujesz. Trzepoczesz rzęsami, jakby to była jakaś schadzka. Dziś nam jeszcze nie po drodze, ale mam cię na oku mała.


Póki co wybiorę się do Pszczyny. Nigdy nie byłem tam na rowerze. Akurat mam małe okienko, więc stolica dawnego Księstwa Pszczyńskiego będzie w sam raz. Strzelę kawę na mieście, pokręcę się w okolicy i na obiad jestem w domu. Wiele nie kombinując wybieram sprawdzony wylot w kierunku południowym. Przez Chorzów Batory i Lasy Panewnickie docieram nad staw Starganiec. Setki razy przejeżdżałem obok samochodem i jakoś nigdy nie znalazłem okazji by się zatrzymać, przejrzeć się w toni. Niczego nie straciłem. Miejsce do szybkiego zapomnienia. Dwójka tekstylnych wędkarzy na legendarnej plaży śląskich naturystów również. Zanosi się na deszcz. Spadam. Przecinam drogę krajową nr 81 kierując się na katowickie Zarzecze. Tuż przed Mikołowem chciałbym przetrzeć oczy ze zdumienia. Zamiast tego odruchowo sprawdzam, czy aparat jest pod bokiem. Niech mnie ktoś uszczypnie! Przecież to niemożliwe. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu. Starszy, elegancki mężczyzna stojący na przystanku przypomina mi śp. Jeremiego Przyborę. Przypomina to mało powiedziane.
- A niech mnie! Pan Jeremi Przybora! Prosto z nieba pod Mikołów! - Wołam rozgorączkowany.
Nieznajomy sztywnieje. Boję się, że przeszarżowałem, że poniosło mnie za daleko. Chwileczkę, chwileczkę... Ja panu wszystko wytłumaczę. Lada moment mój Jeremi dojdzie do słowa, z wielką klasą ostudzi moją rozgrzaną do czerwoności łepetynę. Przyznaję, lubię ten dreszczyk, ten ułamek sekundy, w którym ważą się szale. Tu liczy się każdy grymas, kącik ust wędrujący w górę lub w dół. Sytuacja nie jest oczywista. Potrzebuję wsparcia.
- Proszę pani! Proszę pani! Niech pani tu spojrzy. Przybora we własnej osobie, prawda?
Wyszykowana na poranną mszę kobieta skinieniem głowy doprowadza do przełamania. Mamy dwa do jednego, a ja nabieram świeżego animuszu. W końcu mistrz kapituluje z uśmiechem. Dalej gawędzimy już swobodnie. Pan Bernard żali się na wiecznie spóźniony autobus, wspomina o jaskrze, o podupadającym zdrowiu.
- Pani Bernardzie! Tam w dole widziałem gniazdujące bociany. Chwilę później zgliszcza wozu kempingowego. Piękne to było. Pan ma taką piękną twarz. Niech pan posłucha... Ja wiedziałem, że pan tu będzie stał. Aż mnie telepało na tym rowerze. Wie pan o czym mówię prawda? Nuci pan coś pod nosem i po chwili słyszy pan tą melodię w radiu. Jak tylko dostrzegłem ten pana beżowy prochowiec strzeliło mi do głowy z tym Jeremim. No przecież musi się pan zgodzić. Tylko kilka portretów. Ja portretuję pięknych ludzi, to obowiązek. Moja babcia pod koniec życia przez jaskrę straciła wzrok.  - Trajkoczę powoli tracąc oddech. 
Żółty, podmiejski kończy spotkanie. Nie jadę do Pszczyny. Za żadne skarby nie pojadę do Pszczyny!


Pojadę do Czerwionki. Zaś coś mi mówi, że tam czeka przygoda. Po drodze mijam Łaziska Górne, Orzesze, Bełk. Lubię Łaziska Górne, Orzesze, Bełk. Też jestem z pipidówy. Za kilka godzin w co drugim domu zadymi rosół, a w ruch pójdą języki. Cały kościół słyszał, że organista fałszuje. Tylko ty się upierasz, że było czysto. Głuchy jesteś tak samo jak on. Na drugie kotlet i ta surówka z selera, na którą przepis w łańcuszku szczęścia dotarł już do sąsiedniej gminy. A po co tamta co tydzień do fryzjera lata? Przecież wiadomo. Budżet dziurawy jak szwajcarski ser, a ten leje asfalt właśnie tam. Człowiek się musi wstydzić za własnego wójta. Na deser kopiec kreta. 



Byłem już w Czerwionce przy okazji pleneru fotograficznego. Od razu kieruję się w miejsca, które wówczas zapamiętałem z tej najlepszej strony. Stara kolonia robotnicza jest dziś jeszcze piękniejsza. Pomiędzy familokami co rusz miga śnieżnobiała zjawa. Rozczulony do reszty myślę o robaczkach świętojańskich rozświetlających mrok. Żartuję. Trwa sezon komunijny, wokół rzeczywiście krząta się dziatwa w bieli, ja jednak myślę wyłącznie o śniadaniu. Dość ostentacyjnie rozsiadam się na ławeczce pokrytej wyślizganym linoleum i zaczynam pałaszować. Kątem oka kukam na jednego takiego. Obstawiam ojca, choć to równie dobrze może być ukochany wujek. W latach osiemdziesiątych, z lśniącym Wigry 3 na ramieniu, mógłby być nawet zbłąkanym św. Mikołajem. Życie obeszło się z nim bez ceregieli nie szczędząc również garnituru. Tylko mokasyny z frędzelkiem trzymają się nieźle. Człowieku! Przestań tulić tego szkraba. Nie widzisz, że ze wzruszenia dławi się piegami. Ja też nie mogę się rozkleić. Mam tu jeszcze jedną lekcję do odrobienia.


Kończę batonik i zaczynam łazić. Zgraja chłopaków droczy się z kobietą, która zdobi jedno z parterowych okien. Szczyle mają ubaw po pachy, kobieta tkwi w tej samej pozie już dłuższą chwilę. Wchodzę w sam środek sceny prosząc o wodę do bidonów. Pani Ewa (będzie moją smutną Ewą) znika za firanką, na jej miejsce pojawia się smutny pies.
- Ile ma przerzutek? Szybki pan jest? - Zagaduje Bartek - syn smutnej Ewy.
W jego oku dostrzegam podejrzany błysk. Zanim odpowiem na pierwsze pytanie muszę trochę pomyśleć, zanim odpowiem na drugie... Co tu jest grane? Bartek już czeka obok na własnym kole, rzuca krótkie: ścigamy się i pruje przed siebie. Za ostatnim familokiem robi błyskawiczny zwrot, zarzuca maszyną i znowu wyrywa do przodu. Szast prast! Nim przestałem liczyć zębatki było po wszystkim. Przegrałem swój pierwszy wyścig w życiu. No Bartek! Myślałem, że zostaniemy przyjaciółmi. Tylko ty i ja. Ten twój szczerzący kły kompan wypada z gry. Bartek! Nie mam żalu. Co się miało wydarzyć właśnie się wydarzyło. Ty zapomnisz. Jutro będziesz żył własnym życiem. Będziesz się szwendał po lekcjach do samego zmroku, w razie draki ze starymi obejdziesz każdy szlaban. Ja muszę żyć innym życiem Bartek. Muszę pamiętać.
Jeszcze tylko jedna prośba, zrób to dla mnie. Za kilka miesięcy odpal kompa i znajdź ten wpis. Będzie się nazywał Tam i z powrotem. Przeczytaj uważnie wstęp. Bartek, polujesz na ranne zwierzę. Ja wrócę Bartek. A wtedy rozjadę was wszystkich na miazgę nogą zdolną fedrować węgiel w pobliskiej kopalni.



PS

Wpis odnosi się do historii, która wydarzyła się kilka miesięcy wcześniej. W pisaniu pozostanę Slow. Nie mam najmniejszych wątpliwości. Ma to swoje zalety, ale też znaczące wady. Jedna z nich to szwankująca pamięć w odniesieniu do imion bohaterów. Bartka i smutnej pani Ewy jest pewien. W przypadku pana Bernarda mam wątpliwości. Jeśli się pomyliłem, to płonę ze wstydu i błagam o wybaczenie. Wciąż jednak mam nadzieję, że miał pan na imię Jeremi.

 PPS

Bartek! W ubiegły piątek potrąciłem gołębia. Trafiłem go lewym barkiem, tym złamanym. Nic mu nie będzie, odfrunął pozostawiając za sobą chmurkę szarych piór. Musisz wiedzieć, że takie sytuację mogą się powtarzać. Pytasz o prędkość? Nie wiem. Nie korzystam z urządzeń pomiarowych, ale podejrzewam, że w obszarze zabudowanym byłby mandat. Wkrótce wrzucę coś na kokpit i naprawię swój błąd. Póki co chciałbym zainwestować w rowerowy przydomek. Co powiesz na Lisi Ogon gołąbeczku?





poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Amplituda. Oława - Pradziad - Oława.

Oława, 14°C

Całą zimę 2016-2017 jeździliśmy głównie nocami. Nie jest to wielka rzecz, bo pracując w ciągu dnia, mniej więcej od 16:30 zaczyna się już noc. Trudniej o spontaniczne wyjście, bo ubieranie i rozbieranie się zwykle trwa dłużej, niż sama jazda i to chyba najbardziej zniechęca.

Kiedy już jechaliśmy lasem czy tam polami i kiedy było na tyle komfortowo, że mogliśmy rozmawiać, to głównie rozmawialiśmy o tym, żeby tęsknimy za głupimi wycieczkami. Pradziad jest jedną z najwyższych gór, które można zobaczyć z Oławy i jednym z najdalszych punktów na horyzoncie widocznym z południowych granic miasta. Jakieś 100 km w linii prostej. Idealny cel na letnią ekskursję: 270 km całości, niecałe 3000 metrów podjazdów. Brzmi rozsądnie. Nierozsądna była temperatura.

Kolnica, 15°C.
Nie wiem czy Tomek usłyszał parsknięcie śmiechem. Wiem, że brakuje jednego "m", ale przecież od kiedy ta potrawa weszła hurtem na półki dyskontów, niejedzenie hummusu jest takim manifestem snobizmu, jak nie posiadanie tatuażu. 


Obwodnica Nysy - Góra Czarownic, 17°C. 
Pierwszy raz tędy przejechaliśmy i to jest kolejne miejsce, które dodałem do swojej kartoteki miejsc do "objeżdżenia" i pewnie przez kolejne miesiące nie pojawię się tu, pomimo niewielkiej odległości od domu. 

Nysa, 24°C. 
Luźne śniadanie po 60 km. Zapas energii z szybkiego śniadania w domu skończył się pół godziny wcześniej. 


Podkamień, 26°C. 
Punkt kardynalny pierwszy. Życie po życiu - za każdym razem inna reklama, więc za każdym razem chcę stąd wysłać MMS do Wojtka Wilczyka, że się coś zmieniło. A niech wie. 


Nowy Świętów, 29°C
Kiedyś to zrobię. Przejadę i napiszę. 1989 roku szara nyska ze mną, moją mamą, moim tatą, jeszcze jedną opiekunką kolonijną (bardzo atrakcyjną, w opiętych sztruksach i tlenionych lokach) i kilkoma dziećmi zatrzymała się tu na siku. Pierwszy raz jechałem ZA GRANICĘ. Poziom ekscytacji został przebity wiele lat później przed innym... "pierwszym razem". Potem był postój na granicy i przesiadka z nyski do avii, z paką, w pace z parkowymi ławkami i z dziećmi na parkowych ławkach przez Jeseniki pojechała do Oseku nad Becvou. Rzeka Becva pojawi się w życiorysie po 16 latach.


Konradów/Zlate Hory, 30°C


Zlate Hory, 31°C
Znowu jestem głodny.


Vrbno pod Pradedem, 31°C
Teraz jestem głodniejszy i do tego bidony są puste.


Karlova Studanka, 1.000.000°C. 
To temperatura odczuwalna. Nowe butki od Shimano są naprawdę świetne, ale mam wrażenie, że jestem mistrzem chodzenia po żarze. Jedziemy w lesie, a jedziemy w słońcu. Garmin pokazuje 27°C, ale nawet bruk w tym słońcu wydaje się być miękki. Dwa gigantyczne pudle wydają się tu kropką na "i" absurdu.


Pradziad, 19°C. 
"Nie da się". Nie da się płacić kartą, nie da się mieć rowerów na oku, nie da się kupić jedzenia w restauracji i wyjść na dwór. A nawet jeśli by się dało, to nie dało by się tego (niemożliwego do kupienia jedzenia) zjeść, bo właśnie tego dnia roje, chmary, dzikie hordy oso-podobnych błonkoskrzydłych postanowiły falą zalać szczyt naszej góry. Zjedziemy do Owczarni / zjemy w Owczarni. Ciut niżej, ciut cieplej i mam wrażenie, że tam nie było os.


Hotel Owczarnia, 23°C na zewnątrz, 18°C wewnątrz. Najzimniej w kosmosie.


Bělá pod Pradědem 23°C
Ruch tu jak kurwa mać. Skrót z Karlovej Studanki do Jesenika przez Vidly to najgorszy asfalt świata, ale malowniczo było. Na końcu piękne "tornante". Niestety temperatura rośnie, a telefon co chwila zgłasza możliwość wystąpienia burzy. Minęła mniej więcej połowa trasy, a przestałem już liczyć, ile bidonów zostało opróżnionych. Śmierdząca, ale doskonale smakująca woda z Karlovej - jak dotąd - najlepsza. 


Domašov, 31°C
Stoimy pod sklepem. Sfrustrowany Czech strąbił starszą panią jadącą poprawnie na rowerze po drodze. Wysiadł z auta i kazał kobiecie prowadzić swoje koło po chodniku. Zniknął we wnętrzu najstarszej możliwej Octavii i zostawiając chmurę siwo-błękitnego dymu ułatwił tylko kobiecie ponowne sprowadzenie roweru na jezdnię. Zuch pani. Tymczasem za plecami dwie witryny sklepu. Dla przypomnienia: jestem w Jesenikach, ponad 700 km od najbliższego morza. Na witrynach muszle, koralowce i sztuczne ryby. Kofola tylko ciepła, tylko smakowa (jakby sam jej dziki, "raw" smak kofolowy byl niedostatecznie dziwny). Piję. Dwie butelki wody przelewamy do bidonów, resztki do gardeł. I tak za chwilę będziemy szukać nowego wodopoju. 


Otmuchów, 33°C
To, że wyjechaliśmy z Jeseników, wcale nie jest tożsame z brakiem podjazdów. Ja je lubię, Tomek je lubi, ale podjazdy, wiecznie kończąca się woda, parzące w usta powietrze wydychane z własnych płuc i temperatura powodują, że nie ma mowy o jakimkolwiek odczuwaniu radości. W przeciwieństwie do wąwozów, które pojawiły się na północ od Otmuchowa. Wcześniej na stacji benzynowej pochłonęliśmy kolejne tony wody. Mam wrażenie, że z jednej strony woda ratuje, z drugiej - tratuje. Lecą więc też izotoniki i kola. I kawa. Wszystko to powoduje, że usta, język stają się zacementowane okropną, chemiczną skorupą. Tęsknię do siarkowego aromatu wody z Karlovej Studanki.


Goworowice, 37°C
Albo gdzieś koło Goworowic. Jedno jest pewno - wciąż do domu jest dość daleko, a Garmin pokazuje 37 stopni. Nawet mając na uwadze, że te wszystkie elektroniczne gadżety mają tendencję do dramatyzowania, to samopoczucie wskazuje na to, że jest kurewsko gorąco. Po tej prostej ratujący życie wąwóz. W nim podjazd, taki na 10%, a po wyjechaniu z wąwozu jeszcze poprawka ścianki na jakieś 8 procent. I potem jeszcze na sześć. Umieram na górze. Potem, po miesiącu patrzę, że miałem tam KOMa, a ktoś mi go na świeżej nodze odbił. Wrócę.


Gnojna, 38°C
40 km bez czynnego sklepu od Otmuchowa. Ponieważ od Vidnavy goni nas duża burza, więc non stop jedziemy pod wiatr, który pędzi w kierunku lokalnego niżu. Nawet Tomek umiera, który zwykle schodzi ze zmiany wtedy, kiedy inni mają już dość jechania za nim z prędkością światła. Nie jedziemy powoli, wciąż ścigając średnią, która spadła nam w górach. 30 km od domu zatrzymujemy się w sklepie w Gnojnej. Nie ma przed nami już żadnego podjazdu. Burza zmienia kierunek na mapie, mamy lekki zapas. Schodzi kola, gazowana woda. Najchętniej piwo, ale jakims cudem resztki rozumu każą trzymać niebezpiecznie zapieczony język za lukrowanymi chemią zębami. Na przystanku siedzimy bez butów. Zwykle jadąc w tygodniu przez to miejsce mam jakieś 55 minut do domu. Jakieś to cholernie długie 55 minut. Przed sklepem Gnojne życie. Ekipa rozmawia o weekendzie, dzieciaki z siarczystym hiphopem charkliwie wypływającym z miniaturowych głośników smartfonów krążą po wsi. 


Oława, 35°C
Żeby było idealnie, powinniśmy zrobić zdjęcie na oławskim rynku. Za gorąco. Chcę już prosto do domu, odpocząć. Za trzy dni jedziemy z Szosą do Szwajcarii. Muszę odpocząć.