czwartek, 4 stycznia 2018

Ostatnie takie...


...urodziny. Dzisiaj mam ostatnie urodziny z trójką z przodu. Ponieważ jestem chory i nie mam jak wyjść na rower, żeby nie wrócić do domu z zapaleniem płuc, więc wzięło mnie na egzystencjalny wpis o tym, co się działo w zeszłym roku, tak skrótowo. Na wypadek, gdybym dostał zawału lub wylewu i musiałbym sobie przypomnieć, dlaczego lubię jeździć na rowerze i żebym powrotu do jazdy nie oparł o te kilka książek o kolarskim treningu, które mam na półce. Mam nie iść tą drogą. A więc niech to będzie spis w oparciu o rowerowe foty z mojego instagrama. 

O wielu rzeczach pisałem albo na blogu, albo w Szosie. Ale o całej masie nie pisałem, bo - teoretycznie - w 80% przypadków nie działo się nic szczególnego, ale to nieprawda. Tak jak dawno temu uczono mnie fotografii, że "nie wszystko musi być sfotografowane", tak w szosie czy czymkolwiek, nie zawsze musi się robić ze wszystkiego re(we)lację. Choć potem, w dłuższym przedziale czasu, okazuje się, że wszystko tą rewelacją jest. Tak - z filozoficznego punktu widzenia, ale też z takiego prozaicznego - siedzę w domu zatokami rozepchanymi do stopnia, w którym każdy ruch głową powoduje trzaski jak z horroru, a z nosa płynie nieprzerwana rzeka... tego, co zwykle płynie z nosa przy okazji nosowych spraw.

2017 rok - fota na górze - zaczął się rowerowo rewelacyjnie - wstałem z łóżka, kiedy inni kładli się spać po imprezie i pojechałem na spacer wokół domu. I to jest zajebiście super, bo mieszkam na zadupiu zadupia, więc za domem mam łąki i lasy i jak dobrze zakombinuję, to przez 40 km nie przetnę asfaltu ani jeden raz. Mimo to do biedronki mam 2 km, a do kina 2,5 km. Taki plusy mieszkania na zadupiu zadupia.



Styczeń i luty był jeżdżony głównie nocami. Głównie z Tomkiem, bo nikt inny już nocą nie chciał jeździć po oblodzonych leśnych ścieżkach. Czasami udało nam się zgubić do tego stopnia, że nie wiedzieliśmy, z której wsi wyjechaliśmy. W lesie w nocy bywa strasznie strasznie. Niby z przodu potężne lampki diodowe robią dzień, ale za nami - dla kontrastu - jest ciemni jak w dupie dupy. Ale tego i tak nie było kiedy sprawdzać, bo na śliskich traktach trzeba było się mocno skoncentrować, bo lód powstały przez jeden cieplejszy dzień na grubszej warstwie śniegu utrzymywał się dobry miesiąc. I to były super wyjazdy, bo każdy - choć niedaleko - był jak obóz surwiwalowy. Po godzinie czy półtorej jazdy w mrozie wracałem do domu z poczuciem zrobienia czegoś głupiego, choć kilometrowo było kompletnie nie imponująco. Natomiast statystyki temperatury mrozu i ilości gleb były rewelacyjne.

W weekendy woziłem swoich domowników na narty, a ja urywałem się na rower. To też było super, bo mnie narty nic a nic nie ciągnął. Po prostu patrzę na stoki, na wyciągi i setki aut na parkingach i nie czuję żadnej fajnej emocji. Ale wyjazd na narty z rowerem w bagażniku zmienia wszystko. W Bielicach, które leżą dokładnie na końcu świata, było tak pięknie, że kompletnie nie żałowałem tej godziny marznięcia, gdy temperatura spadła poniżej -10°C podczas drogi powrotnej i rękawiczki przymarzały do wierzchu dłoni :)




Wzgórza Strzelińskie i Niemczańskie to miejsce, któremu robię chyba połowę ruchu na Heat Maps na Stravie. Tak to sobie wyobrażam. Chyba nie ma tygodnia, w którym choć części z tego regionu nie przetniemy podczas wyjazdu. Powyżej Jacek cieszy się wodoodpornością swojej kurtki. Wyjechaliśmy z Oławy w pięknej pogodzie, ale w Ziębicach przyszło super zło - marznący śnieg, oblepiający dokładnie wszystko. Wtedy powstał termin "ratunkowa stacja benzynowa" - ale do niej dojechaliśmy dopiero po 30 km w Strzelinie, kiedy znowu się rozpogodziło, a ciuchy wyschły. Okazało się, że jednak nie wolno ignorować radarowych map pogody :) 


Od początku roku większość wycieczek miała u nas punkt kulminacyjny p.t. "zawsze chciałem tu skręcić, ale przez ostatnie 5 lat jakoś nie skręciłem". To głupie, ale wielu z nas ma jakąś niezdrową fobię na źle wyglądający "dzyndzel" na Stravie. A wiele z tych "zawsze chciałem tu skręcić, ale przez ostatnie 5 lat jakoś nie skręciłem" to ślepe drogi, prowadzące w miejsca zupełnie nieistotne. Ale - mając na uwadze, że jesteśmy starzy - głupio by było umrzeć ze świadomością, że to miejsce jest 20 km od domu i że zawsze się chciało skręcić, ale się nie skręciło. Więc skręciliśmy - powyżej akurat za Brzegiem, przez kanał Odry do Prędocina przez jeden z licznych, powojennych mostów Baileya. W samym Prędocinie też było coś fajnego, ale - jak wspominałem już chyba powyżej - jesteśmy starzy i zapomnieliśmy, co tam było. Pewnie coś poniemieckiego :)



Potem śnieg zniknął na przełomie lutego i marca, wiec z Tomkiem pojechaliśmy na pierwsze 150+ w tym (tamtym) roku. Byłem w super fajnej formie, która w tym (tym) roku mi nie grozi z uwagi na infekcję :) KOM zdobyty na długim bruku niedaleko DK8 był nie pobity do końca lata :) a to takie dość ruchliwe miejsce. 


Innym razem w marcu zebraliśmy się z ludzikami z Opola i pojechaliśmy do Czech sprawdzić, jak wysoko da się wjechać bez łańcuchów. Dało się na maks 50 metrów poniżej szczytu Przełęczy Lądeckiej. Wtedy narodziła się Sekcja Kolarstwa Romantycznego. To punkt zwrotny w hasztagowaniu kolarskich instagramów.



Przełom marca i kwietnia minął pod hasłem graveli. Borys z Szosy zakochał się w takim za 999 zł i do dzisiaj chyba mu nie przeszło. Jeździliśmy po Wzgórzach Trzebnickich, po których nigdy wcześniej nie jeździłem, bo zawsze było coś innego, a tam jeździli wszyscy. Po tym, jak tam pojechałem, to zrozumiałem, że Wzgórza Strzelińskie i Niemczańskie mają bardzo poważną konkurencję. Jedynym minusem Wzgórz Trzebnickich, zwanych Kocimi Górami jest to, że jest tam mniej dziko. Ale za to masa asfaltów jest nowa i co kwartał ich udział w ogólnej ilości dróg wyraźnie się powiększa. To dokładnie odwrotnie, niż we Wzgórzach Strzelińskich. Tam nawet wietrzenie asfaltu przebiega szybciej. Może nawet dbają o ich fatalny stan? No i Wzgórza Strzelińskie to normalne góry, a nie jakieś tam moreny. I to denne.

W wyjatkowo ciepły pierwszy dzień kwietnia po Kociewiu przeciągnął nas Jarek Dąbrowski. Super śmieszne było to, że kiedy Jarek zaprosił nas do swojego domu w Laskowicach Pomorskich, to okazało się, że jego dom widziałem z okien pociągu, który tuż po świcie zatrzymał się z niewiadomych przyczyn właśnie w tym miejscu i stał jakąś godzinę ze skacowanymi zwłokami moimi i mojego kuzyna. I to był 19 lat wcześniej :) O grawelach i Kociewiu było w Szosie, więc nie dubluję. Chciałem tylko napisać, jak bardzo gardzę tymi, co piszą na aukcjach, że jakiś rower to "gravel - przełaj". Różnica między tymi typami rowerów jest jak między Mitsubishi Lancerem w dizlu, a takim w wersji Evo. I oba są do czegoś innego. Natomiast w Bory Tucholskie warto pojechać. Jest tam gdzie jeździć, zresztą cała północna część kraju wydaje mi się miejscem idealnym do jazdy właśnie takim gravelem. A ten 9 kilometrowy odcinek bruku pod miejscowością Osie to jest obłęd.



Bruki i chaszcze Kociewia miały nas przygotować na wydarzenie wiosny - Liege - Bastogne - Liege Challenge. Mam takie "chcenie", żeby objechać trasy monumentów. Okazało się to super za pierwszym razem, kiedy w 2016 zrobiliśmy trasę Mediolan - Sanremo. Choć Maciek Hop jakoś się nie jarał jak dzik samym wydarzeniem i celnie wypunktował minusy, to ja zapamiętałem to jako super przygodę, a pozostanie jeszcze kilku dni w Ligurii powinno być punktem obowiązkowym takiej imprezy. Wracając do LBL - dostałem do testów rower, który wydawał mi się kompletnie głupi i najgorszy na taką rzecz: S-Works Venge Vias. Tarcze to był jedyny plus, jak mi się wydawało. Do tego Sram eTap z dużą korbą i małą kasetą, koła ze stożkiem 65 mm i rama z wielkimi przekrojami rur. Jak znalazł na kiepskie drogi, wichury i sztywne podjazdy. Żeby go sprawdzić, to zabrałem go w "zbliżone" Wzgórza Niemczańskie, choć nie ma tam podjazdów sztywniejszych niż 12%, to jakiś tam punkt odniesienia dawały. Rower mi sie spodobał, bo na odcinku Oława - Strzelin zrobiłem KOMa, a potem ten sam wiatr, który mnie do Strzelina pchał okazał się nie robić wrażenia na stabilności roweru, kiedy wiał z boku na te wielkie koła. Jakoś się polubiliśmy, choć działanie eTapa mnie irytowało, ale chodziło o "miękkie" hamulce, któreś już z kolei w tej wersji. O LBL pisałem też w Szosie - w skrócie było przejebane. Dalismy radę, Łukasz, który jechał to z nami - ze mną i Borysem - do tego wiózł sprzęt foto i robił zdjęcia, więc dla niego szacun x2. W skrócie - zrobiliśmy pełną trasę, pierwsze 120 km moknąć doszczętnie, potem przez 50 km schnąc w lodowatej wichurze, a potem już były tylko te straszne "koty", czyli côte. I na koniec zgubiśmy drogę do mety. Ale to była mega rzecz i byłem z siebie naprawdę dumny. Nie chodzi o czas - robiąc zdjęcia i bijąc się między sobą o ostatnie słone paluszki w bufetach nie dbaliśmy o liczby. 

Po wszystkim niezapomniana była kolacja. Wieczorem w naszym hotelu w Xhoris można było pić głównie piwo, a i to tylko do 22.00. Wybłagaliśmy obsługę, żeby to, co normalnie o tej porze - a była 21 około i szef kuchni już odpalał pałeczkę rakową po skończonej pracy - wyrzucają do pojemników na kompost, to żeby względnie podgrzali i dali nam na talerz. Za 15 Euro nie mieli z tym problemu. Nawet dostaliśmy tego tyle, że nie daliśmy rady wszystkiego zjeść :)


Następnego dnia kibicowaliśmy prosom najpierw na sławnym rondzie w Bastogne, a potem wrócilismy w okolice Liege, do Remouchamps, gdzie mieszka Philippe Gilbert i gdzie mieści się jego fan klub. Dzień wcześniej walczyliśmy z okropną grawitacja na Côte de La Redoute, który był już jednym z ostatnich "kotów", na liście, ale jest też jednym z najważniejszych na trasie. Tak przynajmniej można było wnioskować po liczbie zaparkowanych kamperów.




Po powrocie z Belgii zrozumiałem, że muszę zmienić rower. Ryśkiem odwiedziłem drugi raz Kocie Góry odkrywając kolarską oczywistość - piękny wąwóz w drodze do Zaprężyna. Po drodze dotarło do mnie, że jednak Canyon, a nie Rose. Ale to była długa wewnętrzna walka. Rysiek szybko odnalazł nowy dom, a Canyon kazał na siebie czekać. W imię życiowej prawdy, że "oczekiwanie przyjemności też jest przyjemnością" jeździliśmy na MTB po Wzgórzach Strzelińskich wjeżdżając głównie w te drogi, które kwalifikowały się do "zawsze chciałem tu skręcić, ale przez ostatnie 5 lat jakoś nie skręciłem".


A jak już Canyon przyjechał, to na chrzest bojowy w Górach Sowich zjawił się Michał - Cyklista w Warszawie. Bo może nie od pięciu lat, ale tak ze trzy gadaliśmy o tym, żeby fajnie było się gdzieś pojechać w górki. Wyrysowałem chłopakom kilka tras przez Góry Sowie i Stołowe, mieli co odrabiać przez kilka dni pobytu.


W Góry Sowie jeszcze będę wracać w ciągu roku, więc dla chronologii zostawię tu tyko zdjęcie Jacka, jak ciśnie po brukowanej agrafce w kierunku Walimia. 



Jeśli jechałem na rowerze gdzieś daleko i nie było ze mną Jacka to znaczyło, że to nie jest niedziela :) Na przełomie maja i czerwca pojechaliśmy zrobić zaległy podjazd z Loucnej nad Desnou na elektronię Dlouhe Strane. Pisałem o tym tu. Chyba dopiero po publikacji okazało się, że przełęcz Czerwonogórskie Siodło kilka dni wcześniej została rozwalona przez polskiego tira. A to przełęcz, która była remontowana - gruntownie przebudowana przez ostatnie trzy lata. Ludziki na to czekali, a tu taki psikus. 


Wraz z rosnącą temperaturą zaczęły nam przychodzić do głowy szalone (jak na starych mężów, pantoflarzy i konformistów uzależnionych od dóbr luksusowych) wycieczki - żeby było dalej od domu, żeby zrobić jakąś przełęcz wyższą niż Tąpadła na stoku niskiej Ślęży. Kiedy wolną środę myślałem, że jak z Tomkiem pojechaliśmy w porze przed obiadem Przełęcz Srebrnogórską i potem Woliborską, to że już jesteśmy bogami, to w niedzielę, również przed obiadem, z Jackiem i Łukaszem zrobiliśmy te dwie, a potem jeszcze trzy i na końcu Tąpadła. Twierdza Srebrnogórska też zalicza się to tych miejsc, które "zawsze chciałem", więc wszystko grało. 


...widoki w Górach Sowich zawsze grają. Zresztą w każdych górach widoki grają.


A Łukasz wtedy pobił rekord świata i zużył swoją zapasową dętkę, a potem moją i Jacka :)


W końcu czerwca w odwiedziny wpadł Piotrek, którego można poznać po tym, że jak są jakieś podjazdy na Stravie, takie bardziej znane, to zawsze widać go na nich gdzieś wysoko w statystykach. A ponieważ nie lubi chujowych asfaltów, więc zabrałem go do... Wzgórz Strzelińskich. I tak na dwóch mnie objechał. Był z nami Borys i to był fajny dzień. 


W ramach przygotowań do wyjazdu w Alpy w upalny lipcowy dzień pojechaliśmy z Tomkiem z domu na Pradziada i z powrotem do domu. Wyszło 270 km i w pionie całkiem sporo, ale to nie podjazdy nas zabiły, a warunki atmosferyczne i to na dwa sposoby jednocześnie. Po pierwsze było gorąco, ale ekstremalnie gorąco. Po drugie od połowy drogi goniła nas burza, co w połączeniu z tym, że było ciężko, powodowało odczucie chwilowego odprężenia, gdy wspominałem w duchu przygodę na Liege-Bastogne-Liege. Kilka dni wcześniej z kolei - słowo klucz - z Jackiem ogarnęliśmy przygodę kolejową. Nie wiem gdzie podziały się zdjęcia na instagramie, więc link tu.


Szwajcaria była genialna - tak niesamowitych rzeczy wcześniej nie doświadczyłem. Pomijając widoki, wiele z nich odkryłem w sobie - autentyczny i paraliżujący lęk, jakiego wcześniej nie znałem. Te widoki, przestrzenie i autentyczne poczucie własnej "małoznaczeniowości" było ogromnie przytłaczające. Byliśmy tam ekipą Szosy, było śmiesznie, gdy ze Szrubkiem jedlismy najdroższe drugie śniadanie w życiu maczając bagietkę w wiaderku najtańszego jogurtu brzoskwiniowego. W Polsce za tyle nie da się kupić kawioru. Potem sobie obiecałem, że szybko nie wrócę w Alpy i po powrocie zapisałem się na Il Lomardia Gran Fondo...

A potem były wakacje. Tu opis jest zbędny, bo to będzie na dole w konkluzji :)


Po wakacjach pojechałem z Tomkiem do Paryża. Żony nie zabrałem do Paryża, a Tomka zabrałem.

Pod koniec wakacji trzeci raz pojechaliśmy z domu do Gór Kocich. I znowu ominąłem podjazd Prababka. Prababka jest tak kultowa, że nie mam punktu odniesienia. I tak jak każdy masters powie, że tarcze w szosie są bez sensu, tak każdy masters powie, że nie musi jechać na Col du Sanetsch, bo ma Prababkę*

*to ironia oparta na stereotypowym, wymyślonym wizerunku typowego mastersa, niemający nic wspólnego z empirycznie poznaną rzeczywistością.



We wrześniu ekipą z opolszczyzny i gliwieńszczyzny jeźdzliśmy po niskich partiach Jesseników i to była najmilsza z niedzielnych wycieczek. Nikt nie cierpiał.


Potem pogoda przez kilka dni była zła, nic się nie działo, więc żeby był ruch w instagramie, to poszło zdjęcie pod promocję numeru z artykułem o Szwajcarii. To tunel na samej górze przy zaporze Moiry. W tunelu jest stałe nachylenie 14% i wyjeżdża się na równy teren. Zabawnie się wraca, kiedy ma sie wrażenie, że wpada się do studni. Niesamowite. 


We wrześnio-październiku była jeszcze jedna wycieczka w Kocie Góry - Jacek ma fotkę na wypadek, gdyby chciał zostać mastersem.



Był też wyjazd przygotowawczy przed Il Lombardia - link. W Górach Sowich. Wydawało mi się, że to ma sens. Ma sens samo w sobie, ale nie da się przygotować na to, czym jest Muro di Sormano.



Natomiast to najlepsze miejsce do kibicowania prosom, w jakim byłem. Jadą tak wolno, że można ich spokojnie o kilka rzeczy wypytać. W porównaniu do tego podjazdu, ardeńskie "coty" to śmieszne kociaki. Nad Como realizowałem 60% mojego planu objechania monumentów. Niestety Granfondo w zawierało tylko ostatnie 120 km trasy prosów i trochę mi w z tym źle. Z drugiej strony na pierwszej części z Bergamo nad okolice jeziora nic się nie dzieje. Może kiedy, w fajnym towarzystwie uda się to ogarnąć, bo mam jedną niekończona rzecz, tam nad Como, na jednym z podjazdów... ;)


A powyżej kolejne miejsce do odwiedzenia w przyszłości - najpiękniejsza przełęcz, jaką widziałem, choć jechaliśmy ją autem w drodze powrotnej z Como - San Bernardino. Coś najpiękniejszego, co widziałem. Naprawdę.



W październiku odkryłem też, że runda przez wieś Borucice ma więcej wspólnego z piekłem, niż tylko piekielnie zły asfalt w jej najpiękniejszym miejscu. Z domu do domu przez Borucice wyszło 66,6 km. Przypadek?


W listopadzie już długie wycieczki się skończyły. Jedyna moja dłuższa była - tak, Wzgórza Strzelińskie. Ale była bez spiny, choć z Pawłem, który ciśnie zawsze. Doszło parę nieznanych mi wcześniej miejsc do kolekcji "zawsze chciałem tu skręcić, ale przez ostatnie 5 lat jakoś nie skręciłem".
Przedostatni dzień grudnia - Jacek jakoś w październiku wpadł na pomysł, żeby w tym (tamtym) roku zrobić sto setek. Niby koniec paźdzernika, niby ponad dwa miechy do końca roku, ale jak się pracuje, do tego mieszka na północnej półkuli i to tak daleko od równika, to może się okazać, że to nie jest takie łatwe. W ostatnią wycieczkę 100+ pojechaliśmy w kierunku północnej Opolszczyzny. To miejsce, które - mam nadzieję - będziemy mocniej eksploatować w 2018 roku. Na koniec trasy nie zapomnieliśmy o suplementacji. 

Konkluzja.

Jeżdżę sobie już jakiś czas. Niektórzy ludzie w moim najbliższym otoczeniu nie rozumieją, po co uprawiam sport, skoro się nie ścigam. No nie wiem - odpowiadam: "bo lubię", ale to wydaje mi się za proste. Tak jak jakiś hasztag na instragramie prężącej się do selfie osoby idącej na trening w pełnym makijażu :) Ja jeżdżę dla przyjemności. To do mnie dotarło w sierpniu - w wakacje, choć nie miałem wakacji od 21 lat, takich pełnowymiarowych, dwumiesięcznych wakacji.

Otóż kiedy jadę na moją ulubioną, przydomową pętlę, z której nie ma powyżej ani jednego zdjęcia, to jadę na wakacje. Całe 45 minut w jedną stronę, żeby na kawałku od około Wawrzyszowa do Gnojnej, przez Jeszkotle poczuć taki miłe "smyranie" gdzieś między piątym a trzecim kręgiem szyjnym. Tak, ja na rowerze czuję się jak na wakacjach. Jak jadę nawet gdzieś, dokąd muszę przebimbać 30 czy 60 km ścieżką wydeptaną moimi śladami, to i tak ten czas jest czasem czekania na przyjemne, na nowe, na takie przechodzenie za horyzont. Jestem trochę na smyczy, przypięty do maila, nerwowo reagujący na przychodzące połączenia itp - ale jestem wtedy wolny. Moja rodzina, to że jestem ojcem i mężem, to mój wybór. To, że nie mam teoretycznie wiecznie czasu - takim mam zawód, który lubię, ale i rodzina, i praca, choćby nie wiem jak się ją lubiło - męczy. A rower to wakacje. I to nie jest cholera wie jak filozoficzna metafora - dokładnie na myśl o wakacjach, o wyjeździe, o dojeździe, dojeżdżając lub będąc w fajnym miejscu, pojawiało się to samo "smyranie" między piątym, a trzecim kręgiem szyjnym. Strava mówi, że w 2017 roku miałem 513 godzin wakacji. To trzy tygodnie. 

poniedziałek, 23 października 2017

5 godzin 29 minut 40 sekund wakacji między Dreznem, Hermsdorfem, Pulsnitz i Radebergiem


Jakiś czas temu napisał do mnie człowiek, który gdy do mnie pisze, zawsze oznacza to coś poważnego. Po pierwsze dlatego, że pisze do mnie niezmiernie nieczęsto, a po drugie, że to człowiek, który jeśli już pisze, to raczej w istotnych sprawach. Ta okazała się bardzo poważna: "Sienkiewicz, napisz książkę". Pierwsze co mi przebiegło przez głowę to nie fejm i wizja kolejek w empiku - bo to mi nie grozi - lecz zdecydowany koniec wszelkich drwin. W 96% przypadków, w urzędzie, w szpitalu, gdziekolwiek:
- Nazwisko?
- Sienkiewicz.
- Ten pisarz?
- Nie, fotograf. - a po chwili - Jasne, kurwa, że pisarz!

W porównaniu do "oryginalnego" Sienkiewicza jestem pewien, że ilością słów i metafor rozbudowanych na pięć rozdziałów spokojnie bym go przebił Ale jak tu nie pisać? Jadę w takiej Saksonii (i kawałkami Brandenburgii) i co zakręt to historia. A z wyjątkiem kilku prostych drogi Saksonii składają się głównie z zakrętów, zakrętów w górę i zakrętów w dół. Gdybym miał kamerę sportową zamontowaną na kierownicy i ustawiłbym ją, aby robiła jedno zdjęcie co 10 sekund, to idę o zakład, że w większości nie dało by się rozpoznać miejsca w dwóch kolejnych zdjęciach. To zabawne, bo nie jest tu wyjątkowo stromo czy górzyście. Jest szatańsko pagórkowato i czasem te "pagóry-paragóry" potrafią mocno zapiec, jednak oferta widoko-jakościowa jest powalająca. 

Weekend nie zapowiadał się stabilnie w temacie pogody. Zabrałem rodzinę do Drezna, na północno-wschodnią część, blisko do kilku miejscowości, o których już wcześniej pisałem i całkiem niedaleko od Szwajcarii Saksońskiej, o której pisałem w Szosie. Pogody nie ma się co bać, bo drogi są głównie w perfekcyjnym stanie i są czyste, a to oznacza, że rower po takiej jeździe w deszczu można zlać wodą i będzie czysty. A ponieważ woda w niemieckich kranach jest miękka, więc nie będzie też zacieków. Genialne, nie?






















Myślałem o tym, co może być w takiej książce spoiwem. Ani ze mnie sportowiec, ani wybitny długodystansowiec, ani wspinacz. Zwykły gość lubiący jeździć. I nie mam tu strasznego zagięcia, że muszą być Alpy abo śmierć. Lubię nawet moje rundy wokół domu, taką typową na poniedziałek, choć nie dzisiejszy. Dlaczego? Bo na rowerze jestem na wakacjach. A jak mam ciut więcej czasu to jadę w miejsca, które choć są blisko domu, to mają w sobie jakiś element, który przenosi mnie w inny czas, wcześniejszy, jeszcze bardziej wakacyjny, nawet jeśli jest to zima. 

W Niemczech czuję sie podwójnie na wakacjach, bo mój obłęd - natłok myśli, kiedy jeżdżę przez poniemieckie wsie - czyli wszystkie w mojej okolicy - ma chwilę odpoczynku. Nie muszę wizualizować sobie tego, "jak tu mogło być pięknie". Tu jest tak, jak ma być, wszystko jest zadbane i żyjące. Jeśli są kamienne słupki z oczkami, to wciąż pełnią swoja funkcję. Nie trzeba się wszystkiego domyślać. Na zdjęciu powyżej piękna uliczka, piękny strumień, wszystko piękne. Identyczny układ wsi jak w Samborowiczkach pod Gromnikiem. Wąwóz, wieś podzielona wodą, strome uliczki. I tak wszędzie. Mogę jechać i dać spienionej wyobraźni odpocząć.






Do wszystkiego dochodzą jeszcze kierowcy. W tym roku jeździłem po Belgii, Szwajcarii, Włoszech, Czechach, Niemczech i Polsce. Według mnie najlepiej z rowerzystami jeżdżą Niemcy, ale na drugiem miejscu stawiam na Polaków, potem długo, długo nic, a potem reszta kierowców. Niemcy nie bardzo się denerwują, kiedy kolarz jedzie szosą, gdy obok jest ścieżka rowerowa. Podobno w Niemczech można olać ścieżkę rowerową, gdy ma się rower o wadze poniżej 7 kg. Ja ścieżek czasem używałem, ale w sporej części były przysypane liśćmi tak bardzo, że nie dało się po nich bezpiecznie jechać. Na otwartych przestrzeniach - szerokie asfalty na ścieżce były jeszcze lepszej jakości, niż te na drodze dla samochodów.

W pierwszy weekend listopada w Pulsnitz będzie święto pierników - Pulsnitz to taki saksoński Toruń, ale bez Kopernika. Pulsnitz jest tak piękne, że i bez festynu pierników można tam stracić głowę. 

Ale spokojnie, nie ma się co martwić - głowę można w Saksonii stracić średnio co dziesięć sekund jazdy. To ewidentnie najpiękniejsze miejsce, w jakim można jeździć rowerem. Szosowym, grawelowym czy takim zwykłym, co ma koła i pedały.