poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Gastro Fondo


Zauważyłem, że piszę posty na tym blogu wtedy, kiedy szykuję się do napisania artykułu do Szosy. Taka prawidłowość, bo tu mogę swoje emocje dosolić prostym przekleństwem i sprawa załatwiona, a pisząc do czasopisma jednak to nie wypada. Pojechaliśmy z Tomkiem na spacer trasą wymyśloną parę lat temu na początku naszej znajomości, kiedy mało wiedzieliśmy i mało umieliśmy. 

Wtedy pewnie pojechalibyśmy to tak, że dzień później nie byłbym w stanie napisać niczego, z wyjątkiem zapytania do google "co mam zrobić, żeby nie bolały nogi", choć pewnie i to przyszło by z trudem. Teraz wiemy, że najlepszym sposobem jest jechać spokojniej, choć to wydawało się niemożliwe przy prędkości wiatru, która w niedzielę przekroczyła wszelkie normy zdroworozsądkowego wyjścia na rower.


Ruszyliśmy rano z Otmuchowa w kierunku Javornika. Pierwszy punkt programu wiosennej wycieczki to Piotrowice Nyskie - pałac. Wygląda na fajne miejsce na wypoczyn - nikt nie prosił czy nie płacił, ale ja bardzo szanuję każde przedsięwzięcie, które ratuje tego typu obiekty, więc link wklejam.



Przed samym Javornikiem skręciliśmy w bok, co łatwo da się odszukać na Sstravie takim brzydkim "dzyndzlem". W sytuacji treningowo-pętlowej taki dzyndzel na Stravie to zło. Ten dzyndzel jest bardzo intencjonalny. Prowadzi on bowiem za koniec świata. To wygląda dziwnie, bo za tym znakiem stoi stwór i chwilę nam to zajęło, żeby połączyć fakty, nazwę restauracji między innymi, żeby skojarzyć, że to rak, a całe miejsce jest Rakową Doliną. Ale to jeszcze nie to...


...bo trzeba jechać dalej. To znaczy ta "rakowa" restauracja pewnie jest spoko, ale dalej, za "końcem świata" powinno się dotrzeć do osobliwości - tak mi się zeszło z oglądanym w ten weekend kolejny raz Interstellarem. W sumie to nic dziwnego, bo za horyzontem zdarzeń wyznaczonym tabliczką informacyjną jest to:


Tančírna

Właściwie to można by poświęcić jej osobny wpis na blogu, choć jestem przekonany, że nawet małą książkę. Nie wiem jakim cudem to zobaczyłem dopiero teraz. To znaczy wiem - Tomek mi pokazał, ale on wpadł na to zupełnie przypadkiem w styczniu tego roku zwiedzając na ravelu w śniegu pogranicze i wpadł tu dosłownie z misją ratunkową, żeby uratować dłonie przymarzające do kiery.

Historia jest opisana na stronie, więc nie będę się rozpisywać. Secesyjna sala taneczna wybudowana na polecenie (albo za pomysłem) wrocławskiego biskupa. To, że Niemcy kochali ten region i umieszczali najbardziej nieprawdopodobne konstrukcje w najmniej ludnych miejscach to dla mnie już nie nowość. A to, że Czesi z totalnej ruiny z pietyzmem zrekonstruowali w najdrobniejszych detalach ten obiekt, to drugie. Górna sala jest otwarta, a dole znajduje się kawiarnia z przesympatyczną panią, która nie chciała namówić się na zdjęcie. Powiedziała, że mogę zrobić zdjęcie baru. No to zrobiłem.


Tak jak wszędzie w Czechach, tak i tu można kupić taka drewnianą odznakę. To też fajne, że w obrębie kraju powstał jeden wzór pamiątki do kolekcji i spotkałem go już niemal na każdym kroku - 4 cm krążek z drucianym uchem i wypalonym zarysem historycznego obiektu wraz z opisem. Dla mnie super. Za kawę można płacić kartą i nikt nie mówi, że "od 100 koron można". Wspominam o tym, choć to nie łaska, ale zaraz się okaże, dlaczego.




Sala jest genialna. Nikt nas nie gonił, można sobie spokojnie obejrzeć secesję w pełnej krasie. W Rakowej Dolinie można nocować w hotelu lub mikrych chatkach. Dużo ludzi było tam już teraz, ale mając na uwadze jak dużo ciekawych rzeczy czeska turystyka oferuje w Rychlebach, to możliwe, ze noclegów trzeba tu szukać z solidnym wyprzedzeniem.



Dalej przetoczyliśmy się na Polską stronę do Lądka i Stronia Śląskiego, z którego pojechalismy w kierunku Czarnej Góry i Kletna. Na drogach syf, asfalty takie sobie. Od przegibku w kierunku Kletna zrobiło się sympatyczniej przez wąski asfalt i potem malowniczy zjazd pod Jaskinię niedźwiedzią. Dziesięć lat temu z moim przyjacielem jedliśmy w Kletnie pstrągi w fajnym miejscu - świeżo otwartej restauracji Bikers Choice. Teraz okazały budynek zarasta chaszczem.




No więc w Kletnie nie zjedliśmy nic. W Bolesławowie odrobiliśmy swój kilometr bruków w kierunku na Przełęcz Płoszczynę. Dojazd do podjazdy super, ale na samym podjeździe zalegała masa syfu po zimie. Na samej przełęczy wiatr wiał tak mocno, że pod zadaszenie wpadł piękny ptak, którego znałem tylko z obrazków - krzyżodziób. Przerażone zwierze próbowało się wydostać z pułapki tłukąc rozpaczliwie o szybę, ale był na tyle dziki, że kiedy go delikatnie trzymałem, to nie szarpał się strasznie. Brawo ja! W nagrodę była pomarańczowa kofola i wafel kupiony od dziwnie mówiącego pana w roboczych ogrodniczkach w jego własnej kuchni. Dziwnie tam jest. Na wypadek nieczynności baru pod zadaszeniem stoi automat z jedzeniem.




Zjazd z przełęczy do Starego Mesta był dłygi i niebezpieczny, bo jeśli się nie straci przyczepności na piachu, to można rozerwać oponę na ostrym żwirze. Stare Miasto ominęliśmy i nowiutkim asfaltem pognaliśmy w kierunku Brannej. Na tym łączniku - nie będę się ceregielić ani silić na homeryckie porównania - dostaliśmy wpierdol od wiatru. Kiedy wiał z boku, to trzeba było jechać jak w ciasnym zakręcie. Każde drzewo - czyli co pięć metrów - dawało takie turbulencje, że bałbym się tam iść piechotą. Jak zawiało w plecy, trzeba było hamować, a jak w ryj - to w ryj.


Po dziesięciu kilometrach - i mam wrażenie, że po połowie dnia - tej walki dotarliśmy do najlepszego punktu widokowego tego dnia.



I próbując odczarować złe wrażenie z poprzednich wizyt postanowiliśmy zjeść coś w restauracji i mini browarze w Brannej. Cholera, nie wiem jak to określić. Jak ceny w cenniku są takie jak w dobrych restauracjach w centrach dużych miast. Obsługa tak fatalna, za każdym razem, że aż żal.
- Można płacić kartą?
- Tak, ale powyżej stu koron.
- To dwa małe piwa i dwa razy frytki.

Poziom braku entuzjazmu u pani obsługującej klientów - nie tylko nas - został znacznie podbity w porównaniu do poprzednich dwóch wizyt. Oczywiście przyjadę ty kolejnym razem, ale nie w poszukiwaniu kulinarnych uniesień, ale żeby sprawdzić, czy da się jeszcze gorzej. Zresztą z tego samego powodu czasem chodzę do mojego najbliższego stacjonarnego sklepu rowerowego :)


Niedopite napoje i frytki może niekoniecznie pomogły podczas podjazdu do Ostrużnej, ale za to świetnie poprawiły własności trakcyjne na zjeździe do Lipowej. Potem już by sie nic prawie nie zadziało, ale Tomek wynalazł, że od granicy do Otmuchowa jest segment, więc jest opcja na podniesienie średniej prędkości tego nieco powolnego przejazdu, więc rozjazd zrobiliśmy w prędkością średnią 45 km/h. Ale tak wiało, że serce nie wyszło z drugiej strefy.

No może na chwilę wyszło ;)

Niemal identyczną rundę zrobiliśmy przed dwoma laty z innym Tomkiem i Karolem - o tu link

Natomiast fajnie ją rozszerzyć własnie o Dolinę Rakową - jeśli nie robisz treningu i nie masz "dzyndzlofobii" na Stravie, a także fajnie dodać podjazd w kierunku Czarnej Góry i dalej przez Kletno.

czwartek, 8 marca 2018

Pójdę siedzieć

Dzień pełen cudów? Ponad 150 kilometrów żywej przygody, której wspomnienie warto pielęgnować? A może jednak wybryk pozbawiony głębszego sensu? Dziś wszystkie pytania doczekają się pozytywnej odpowiedzi. Dziś sobie golnę i pojadę wprost przed oblicze Matki Boskiej.


Pierwsze kilkanaście kilometrów z Gorlic do Nowego Żmigrodu pokonuję ruchliwą drogą wojewódzką nr 993. Wiem, że to niezbyt wyszukany początek eskapady, jednak w zupełności wystarczy, by coś zaczęło mi świtać. Ładuję się w niezłe bagno.
Do Żmigrodu docieram mokry jak szczur. W miejscowym ciucholandzie próbuję na chybcika nabyć jakieś dodatkowe ortaliony. Gdyby to były późne lata 90-te, a ja wybierałbym się właśnie na stok, byłbym w raju. Niestety, kombinezon narciarski uznaję za całkowicie nieprzydatny w dalszej podróży. Król kreszu to również krok, na który nie jestem jeszcze gotowy.
Te dwa, w porywach trzy stopnie wokół, to żadna tragedia. Tragedią jest ten pokurcz, obsmarkany wypierdek, głupi i szpetny, wiecznie nadęty brat bliźniak wiosennej mżawki. Pieprzony deszcz ze śniegiem! Za Krempną, już w obrębie Magurskiego Parku Narodowego, zaczynam przeklinać ten dzień.
Próbuję przebić się do Nieznajowej. Porażka. Powstrzymują mnie rozległe kałuże, w których za chwilę utonę po kostki. Zawracam zdegustowany, wciąż jednak daleki od rezygnacji. W miejscowości Grab raz jeszcze odbijam w prawo, w kierunku Radocyny. Mijam niewielką Wyszowatkę, gdzie dość niespodziewanie idę w trupa. Jakaś czworonożna bestia idzie w trupa tuż obok, za sekundę dopadnie moją nogę. Masz! Gryź! Na co czekasz? Gryź! Niech ci w gardle staną nowiutkie Shimano! W Tarnowie kupiłem, 199 polskich złotych plus jakieś drobne za bloki. Tak! Przyjechałem tu na rower ze Śląska zapominając własnych butów. Nażryj się obszczymurku!
Kiedy wreszcie udaje się zażegnać niebezpieczeństwo, warunki stają się nie do zniesienia. Wszędzie zalega gruba warstwa błota pośniegowego. Ja w tym zwyczajnie grzęznę. Przez kilkaset metrów uparcie bronię się przed upadkiem. Efekt jest taki, że w błyskawicznym tempie tracę siły. W końcu docieram na szczyt niewielkiego wzniesienia, rozkładam mapę i oceniam własne położenie. Wszystko wskazuje na to, że dalsza droga przez wspomnianą Radocynę, Czarne i Jesionkę będzie wyglądać podobnie, jeśli nie gorzej. Podejmuję decyzję, przed którą podświadomie broniłem się od pewnego czasu. Odwrót. Nie zamknę dziś żadnej pętli, nie odwiedzę pensjonatu Banica, nie wspomnę przy ciepłej kawie tych wszystkich fantastycznych ludzi, których swego czasu tam poznałem. Wycofuję się do spływającej wodą, ale drożnej szosy. Nie jest to jednak ruch bez konsekwencji. Mój umysł zaczyna postrzegać sytuację w kategoriach porażki. Mało tego, pozwala sobie na coraz śmielsze pretensje: było taszczyć MTB, szosę mogliśmy zabrać i pojechać na wycieczkę do Biecza. Skurczybyk wyraźnie gra do własnej bramki. Na szczęście mam świadomość, że to zwykły kryzys i można go pokonać. Muszę tylko kręcić swoje, a jakoś to będzie. Nie zamierzam tu pękać.
Jestem w krainie wilka i niedźwiedzia. Niechaj ich siła i wytrwałość spłyną na moje wychłodzone ciało. Jeśli dopisze mi szczęści, za następnym zakrętem będą czekać jeden z drugim. Widzę wszystko oczyma wyobraźni. Ależ to jest piękna scenka. Szare wilczysko tylko szczerzy kły. Kudłaty miś za pazuchą chowa szarlotkę. Na maleńkim stoliczku maleńki imbryczek. Pić! Chce mi się pić. Do tej pory wypiłem jedynie butelkę soku pomidorowego z tabasco i kilka łyków wody.
Nareszcie Krempna raz jeszcze. Wpadam do pierwszego lepszego spożywczaka i z miejsca proszę o coś na rozgrzewkę. Pani za ladą wyraża troskę o moje zdrowie, po czym rekomenduje nalewkę wiśniową. Tylko żadnej konsumpcji pomiędzy regałami! Nie chcę sprawiać kłopotów, ładuję więc w siebie wyłącznie Colę i paczkę rodzynek, a najmniejszą buteleczkę chowam do kieszonki. Obalam łyka pod przydrożną sosną. Krążenie rusza z mozołem, w końcu fala przyjemnego ciepła dociera do stóp. Nie szukam usprawiedliwienia, ale fakty są takie, że ja w mojej sytuacji nie znajduję lepszego rozwiązania na kompletny brak czucia w prawej stopie. Dwa dni wcześniej kręciłem z Chorzowa do Cieszyna z narastającym bólem Achillesa. Dziś kontuzja daje się jeszcze mocniej we znaki. Od dłuższego czasu jadę ze zblokowaną nogą. Nie mogę nawet ruszać palcami wewnątrz nowego buta (Czy wspominałem już o butach, które zostały na Śląsku?), nie mogę tej cholernej szłapy nijak dogrzać.
Przede mną drogą, na której nie powinienem spotkać żywej duszy. Decyduję się wiec na dalszą jazdę, pomimo obaw o konsekwencje. Nagle klakson! Za plecami ryczy mi klakson, a ja boję się spojrzeć wstecz. Chyba właśnie się doigrałem. Pójdę siedzieć! Zaraz, chwileczkę! Jestem przecież pośrodku niczego, a policja powinna raczej używać koguta. Mateusz przemknął niczym wicher. Tyle zdążyłem wywnioskować z tablicy rejestracyjnej: MATEUSZ. Próbuję się zrewanżować pomstując wniebogłosy. Przechadzające się w chaszczach krowy spoglądają zażenowane. Odpuszczam. Mati znika, równie szybko znika rozgrzewające działanie wiśniówki, za to zmęczenie i ziąb wracają ze zdwojoną siłą. Dłuższą chwile spędzam na wiszącej nad Wisłokiem kładce, gdzie rozmyślam o grzechu. W dolinę wlewa się zmierzch, muszę się zbierać. W samotności pokonuję kilka kolejnych, trudnych kilometrów i oto jest. Środkiem jezdni kroczy Matka Boska, co biorę za oczywisty znak rozgrzeszenia. Uwielbiam te tereny, również za wciąż żywe tradycje kolędnicze.
Przede mną ostatnia prosta. Zostało mi jakieś 30-40 kilometrów do pokonania. Niestety, nie mam już najmniejszych szans, by dotrzeć na miejsce przed zmrokiem. Gdzieś po drodze, w czeluściach zrujnowanego przystanku robię ostatni postój. Na dnie plecaka znajduję batonik i świeżutkie baterie do tylnej lampki. Z moim nonszalanckim, pozbawionym elementarnych zasad szykowaniem się na rower, muszę uznać to za prawdziwy cud. Kto wie, może pod jego wpływem spakuję kiedyś zapasową dętkę?
Następnego dnia pogoda jak dzwon. Słońce, czyste, błękitne niebo. Wsiadam na rower tylko po to, by po kilkuset metrach zawyć z bólu. Do chałupy pod lasem kuśtykam o jednej nodze. Doroczny turniej tańca sylwestrowego wygrał Franciszek.







 


 

czwartek, 4 stycznia 2018

Ostatnie takie...


...urodziny. Dzisiaj mam ostatnie urodziny z trójką z przodu. Ponieważ jestem chory i nie mam jak wyjść na rower, żeby nie wrócić do domu z zapaleniem płuc, więc wzięło mnie na egzystencjalny wpis o tym, co się działo w zeszłym roku, tak skrótowo. Na wypadek, gdybym dostał zawału lub wylewu i musiałbym sobie przypomnieć, dlaczego lubię jeździć na rowerze i żebym powrotu do jazdy nie oparł o te kilka książek o kolarskim treningu, które mam na półce. Mam nie iść tą drogą. A więc niech to będzie spis w oparciu o rowerowe foty z mojego instagrama. 

O wielu rzeczach pisałem albo na blogu, albo w Szosie. Ale o całej masie nie pisałem, bo - teoretycznie - w 80% przypadków nie działo się nic szczególnego, ale to nieprawda. Tak jak dawno temu uczono mnie fotografii, że "nie wszystko musi być sfotografowane", tak w szosie czy czymkolwiek, nie zawsze musi się robić ze wszystkiego re(we)lację. Choć potem, w dłuższym przedziale czasu, okazuje się, że wszystko tą rewelacją jest. Tak - z filozoficznego punktu widzenia, ale też z takiego prozaicznego - siedzę w domu zatokami rozepchanymi do stopnia, w którym każdy ruch głową powoduje trzaski jak z horroru, a z nosa płynie nieprzerwana rzeka... tego, co zwykle płynie z nosa przy okazji nosowych spraw.

2017 rok - fota na górze - zaczął się rowerowo rewelacyjnie - wstałem z łóżka, kiedy inni kładli się spać po imprezie i pojechałem na spacer wokół domu. I to jest zajebiście super, bo mieszkam na zadupiu zadupia, więc za domem mam łąki i lasy i jak dobrze zakombinuję, to przez 40 km nie przetnę asfaltu ani jeden raz. Mimo to do biedronki mam 2 km, a do kina 2,5 km. Taki plusy mieszkania na zadupiu zadupia.



Styczeń i luty był jeżdżony głównie nocami. Głównie z Tomkiem, bo nikt inny już nocą nie chciał jeździć po oblodzonych leśnych ścieżkach. Czasami udało nam się zgubić do tego stopnia, że nie wiedzieliśmy, z której wsi wyjechaliśmy. W lesie w nocy bywa strasznie strasznie. Niby z przodu potężne lampki diodowe robią dzień, ale za nami - dla kontrastu - jest ciemni jak w dupie dupy. Ale tego i tak nie było kiedy sprawdzać, bo na śliskich traktach trzeba było się mocno skoncentrować, bo lód powstały przez jeden cieplejszy dzień na grubszej warstwie śniegu utrzymywał się dobry miesiąc. I to były super wyjazdy, bo każdy - choć niedaleko - był jak obóz surwiwalowy. Po godzinie czy półtorej jazdy w mrozie wracałem do domu z poczuciem zrobienia czegoś głupiego, choć kilometrowo było kompletnie nie imponująco. Natomiast statystyki temperatury mrozu i ilości gleb były rewelacyjne.

W weekendy woziłem swoich domowników na narty, a ja urywałem się na rower. To też było super, bo mnie narty nic a nic nie ciągnął. Po prostu patrzę na stoki, na wyciągi i setki aut na parkingach i nie czuję żadnej fajnej emocji. Ale wyjazd na narty z rowerem w bagażniku zmienia wszystko. W Bielicach, które leżą dokładnie na końcu świata, było tak pięknie, że kompletnie nie żałowałem tej godziny marznięcia, gdy temperatura spadła poniżej -10°C podczas drogi powrotnej i rękawiczki przymarzały do wierzchu dłoni :)




Wzgórza Strzelińskie i Niemczańskie to miejsce, któremu robię chyba połowę ruchu na Heat Maps na Stravie. Tak to sobie wyobrażam. Chyba nie ma tygodnia, w którym choć części z tego regionu nie przetniemy podczas wyjazdu. Powyżej Jacek cieszy się wodoodpornością swojej kurtki. Wyjechaliśmy z Oławy w pięknej pogodzie, ale w Ziębicach przyszło super zło - marznący śnieg, oblepiający dokładnie wszystko. Wtedy powstał termin "ratunkowa stacja benzynowa" - ale do niej dojechaliśmy dopiero po 30 km w Strzelinie, kiedy znowu się rozpogodziło, a ciuchy wyschły. Okazało się, że jednak nie wolno ignorować radarowych map pogody :) 


Od początku roku większość wycieczek miała u nas punkt kulminacyjny p.t. "zawsze chciałem tu skręcić, ale przez ostatnie 5 lat jakoś nie skręciłem". To głupie, ale wielu z nas ma jakąś niezdrową fobię na źle wyglądający "dzyndzel" na Stravie. A wiele z tych "zawsze chciałem tu skręcić, ale przez ostatnie 5 lat jakoś nie skręciłem" to ślepe drogi, prowadzące w miejsca zupełnie nieistotne. Ale - mając na uwadze, że jesteśmy starzy - głupio by było umrzeć ze świadomością, że to miejsce jest 20 km od domu i że zawsze się chciało skręcić, ale się nie skręciło. Więc skręciliśmy - powyżej akurat za Brzegiem, przez kanał Odry do Prędocina przez jeden z licznych, powojennych mostów Baileya. W samym Prędocinie też było coś fajnego, ale - jak wspominałem już chyba powyżej - jesteśmy starzy i zapomnieliśmy, co tam było. Pewnie coś poniemieckiego :)



Potem śnieg zniknął na przełomie lutego i marca, wiec z Tomkiem pojechaliśmy na pierwsze 150+ w tym (tamtym) roku. Byłem w super fajnej formie, która w tym (tym) roku mi nie grozi z uwagi na infekcję :) KOM zdobyty na długim bruku niedaleko DK8 był nie pobity do końca lata :) a to takie dość ruchliwe miejsce. 


Innym razem w marcu zebraliśmy się z ludzikami z Opola i pojechaliśmy do Czech sprawdzić, jak wysoko da się wjechać bez łańcuchów. Dało się na maks 50 metrów poniżej szczytu Przełęczy Lądeckiej. Wtedy narodziła się Sekcja Kolarstwa Romantycznego. To punkt zwrotny w hasztagowaniu kolarskich instagramów.



Przełom marca i kwietnia minął pod hasłem graveli. Borys z Szosy zakochał się w takim za 999 zł i do dzisiaj chyba mu nie przeszło. Jeździliśmy po Wzgórzach Trzebnickich, po których nigdy wcześniej nie jeździłem, bo zawsze było coś innego, a tam jeździli wszyscy. Po tym, jak tam pojechałem, to zrozumiałem, że Wzgórza Strzelińskie i Niemczańskie mają bardzo poważną konkurencję. Jedynym minusem Wzgórz Trzebnickich, zwanych Kocimi Górami jest to, że jest tam mniej dziko. Ale za to masa asfaltów jest nowa i co kwartał ich udział w ogólnej ilości dróg wyraźnie się powiększa. To dokładnie odwrotnie, niż we Wzgórzach Strzelińskich. Tam nawet wietrzenie asfaltu przebiega szybciej. Może nawet dbają o ich fatalny stan? No i Wzgórza Strzelińskie to normalne góry, a nie jakieś tam moreny. I to denne.

W wyjatkowo ciepły pierwszy dzień kwietnia po Kociewiu przeciągnął nas Jarek Dąbrowski. Super śmieszne było to, że kiedy Jarek zaprosił nas do swojego domu w Laskowicach Pomorskich, to okazało się, że jego dom widziałem z okien pociągu, który tuż po świcie zatrzymał się z niewiadomych przyczyn właśnie w tym miejscu i stał jakąś godzinę ze skacowanymi zwłokami moimi i mojego kuzyna. I to był 19 lat wcześniej :) O grawelach i Kociewiu było w Szosie, więc nie dubluję. Chciałem tylko napisać, jak bardzo gardzę tymi, co piszą na aukcjach, że jakiś rower to "gravel - przełaj". Różnica między tymi typami rowerów jest jak między Mitsubishi Lancerem w dizlu, a takim w wersji Evo. I oba są do czegoś innego. Natomiast w Bory Tucholskie warto pojechać. Jest tam gdzie jeździć, zresztą cała północna część kraju wydaje mi się miejscem idealnym do jazdy właśnie takim gravelem. A ten 9 kilometrowy odcinek bruku pod miejscowością Osie to jest obłęd.



Bruki i chaszcze Kociewia miały nas przygotować na wydarzenie wiosny - Liege - Bastogne - Liege Challenge. Mam takie "chcenie", żeby objechać trasy monumentów. Okazało się to super za pierwszym razem, kiedy w 2016 zrobiliśmy trasę Mediolan - Sanremo. Choć Maciek Hop jakoś się nie jarał jak dzik samym wydarzeniem i celnie wypunktował minusy, to ja zapamiętałem to jako super przygodę, a pozostanie jeszcze kilku dni w Ligurii powinno być punktem obowiązkowym takiej imprezy. Wracając do LBL - dostałem do testów rower, który wydawał mi się kompletnie głupi i najgorszy na taką rzecz: S-Works Venge Vias. Tarcze to był jedyny plus, jak mi się wydawało. Do tego Sram eTap z dużą korbą i małą kasetą, koła ze stożkiem 65 mm i rama z wielkimi przekrojami rur. Jak znalazł na kiepskie drogi, wichury i sztywne podjazdy. Żeby go sprawdzić, to zabrałem go w "zbliżone" Wzgórza Niemczańskie, choć nie ma tam podjazdów sztywniejszych niż 12%, to jakiś tam punkt odniesienia dawały. Rower mi sie spodobał, bo na odcinku Oława - Strzelin zrobiłem KOMa, a potem ten sam wiatr, który mnie do Strzelina pchał okazał się nie robić wrażenia na stabilności roweru, kiedy wiał z boku na te wielkie koła. Jakoś się polubiliśmy, choć działanie eTapa mnie irytowało, ale chodziło o "miękkie" hamulce, któreś już z kolei w tej wersji. O LBL pisałem też w Szosie - w skrócie było przejebane. Dalismy radę, Łukasz, który jechał to z nami - ze mną i Borysem - do tego wiózł sprzęt foto i robił zdjęcia, więc dla niego szacun x2. W skrócie - zrobiliśmy pełną trasę, pierwsze 120 km moknąć doszczętnie, potem przez 50 km schnąc w lodowatej wichurze, a potem już były tylko te straszne "koty", czyli côte. I na koniec zgubiśmy drogę do mety. Ale to była mega rzecz i byłem z siebie naprawdę dumny. Nie chodzi o czas - robiąc zdjęcia i bijąc się między sobą o ostatnie słone paluszki w bufetach nie dbaliśmy o liczby. 

Po wszystkim niezapomniana była kolacja. Wieczorem w naszym hotelu w Xhoris można było pić głównie piwo, a i to tylko do 22.00. Wybłagaliśmy obsługę, żeby to, co normalnie o tej porze - a była 21 około i szef kuchni już odpalał pałeczkę rakową po skończonej pracy - wyrzucają do pojemników na kompost, to żeby względnie podgrzali i dali nam na talerz. Za 15 Euro nie mieli z tym problemu. Nawet dostaliśmy tego tyle, że nie daliśmy rady wszystkiego zjeść :)


Następnego dnia kibicowaliśmy prosom najpierw na sławnym rondzie w Bastogne, a potem wrócilismy w okolice Liege, do Remouchamps, gdzie mieszka Philippe Gilbert i gdzie mieści się jego fan klub. Dzień wcześniej walczyliśmy z okropną grawitacja na Côte de La Redoute, który był już jednym z ostatnich "kotów", na liście, ale jest też jednym z najważniejszych na trasie. Tak przynajmniej można było wnioskować po liczbie zaparkowanych kamperów.




Po powrocie z Belgii zrozumiałem, że muszę zmienić rower. Ryśkiem odwiedziłem drugi raz Kocie Góry odkrywając kolarską oczywistość - piękny wąwóz w drodze do Zaprężyna. Po drodze dotarło do mnie, że jednak Canyon, a nie Rose. Ale to była długa wewnętrzna walka. Rysiek szybko odnalazł nowy dom, a Canyon kazał na siebie czekać. W imię życiowej prawdy, że "oczekiwanie przyjemności też jest przyjemnością" jeździliśmy na MTB po Wzgórzach Strzelińskich wjeżdżając głównie w te drogi, które kwalifikowały się do "zawsze chciałem tu skręcić, ale przez ostatnie 5 lat jakoś nie skręciłem".


A jak już Canyon przyjechał, to na chrzest bojowy w Górach Sowich zjawił się Michał - Cyklista w Warszawie. Bo może nie od pięciu lat, ale tak ze trzy gadaliśmy o tym, żeby fajnie było się gdzieś pojechać w górki. Wyrysowałem chłopakom kilka tras przez Góry Sowie i Stołowe, mieli co odrabiać przez kilka dni pobytu.


W Góry Sowie jeszcze będę wracać w ciągu roku, więc dla chronologii zostawię tu tyko zdjęcie Jacka, jak ciśnie po brukowanej agrafce w kierunku Walimia. 



Jeśli jechałem na rowerze gdzieś daleko i nie było ze mną Jacka to znaczyło, że to nie jest niedziela :) Na przełomie maja i czerwca pojechaliśmy zrobić zaległy podjazd z Loucnej nad Desnou na elektronię Dlouhe Strane. Pisałem o tym tu. Chyba dopiero po publikacji okazało się, że przełęcz Czerwonogórskie Siodło kilka dni wcześniej została rozwalona przez polskiego tira. A to przełęcz, która była remontowana - gruntownie przebudowana przez ostatnie trzy lata. Ludziki na to czekali, a tu taki psikus. 


Wraz z rosnącą temperaturą zaczęły nam przychodzić do głowy szalone (jak na starych mężów, pantoflarzy i konformistów uzależnionych od dóbr luksusowych) wycieczki - żeby było dalej od domu, żeby zrobić jakąś przełęcz wyższą niż Tąpadła na stoku niskiej Ślęży. Kiedy wolną środę myślałem, że jak z Tomkiem pojechaliśmy w porze przed obiadem Przełęcz Srebrnogórską i potem Woliborską, to że już jesteśmy bogami, to w niedzielę, również przed obiadem, z Jackiem i Łukaszem zrobiliśmy te dwie, a potem jeszcze trzy i na końcu Tąpadła. Twierdza Srebrnogórska też zalicza się to tych miejsc, które "zawsze chciałem", więc wszystko grało. 


...widoki w Górach Sowich zawsze grają. Zresztą w każdych górach widoki grają.


A Łukasz wtedy pobił rekord świata i zużył swoją zapasową dętkę, a potem moją i Jacka :)


W końcu czerwca w odwiedziny wpadł Piotrek, którego można poznać po tym, że jak są jakieś podjazdy na Stravie, takie bardziej znane, to zawsze widać go na nich gdzieś wysoko w statystykach. A ponieważ nie lubi chujowych asfaltów, więc zabrałem go do... Wzgórz Strzelińskich. I tak na dwóch mnie objechał. Był z nami Borys i to był fajny dzień. 


W ramach przygotowań do wyjazdu w Alpy w upalny lipcowy dzień pojechaliśmy z Tomkiem z domu na Pradziada i z powrotem do domu. Wyszło 270 km i w pionie całkiem sporo, ale to nie podjazdy nas zabiły, a warunki atmosferyczne i to na dwa sposoby jednocześnie. Po pierwsze było gorąco, ale ekstremalnie gorąco. Po drugie od połowy drogi goniła nas burza, co w połączeniu z tym, że było ciężko, powodowało odczucie chwilowego odprężenia, gdy wspominałem w duchu przygodę na Liege-Bastogne-Liege. Kilka dni wcześniej z kolei - słowo klucz - z Jackiem ogarnęliśmy przygodę kolejową. Nie wiem gdzie podziały się zdjęcia na instagramie, więc link tu.


Szwajcaria była genialna - tak niesamowitych rzeczy wcześniej nie doświadczyłem. Pomijając widoki, wiele z nich odkryłem w sobie - autentyczny i paraliżujący lęk, jakiego wcześniej nie znałem. Te widoki, przestrzenie i autentyczne poczucie własnej "małoznaczeniowości" było ogromnie przytłaczające. Byliśmy tam ekipą Szosy, było śmiesznie, gdy ze Szrubkiem jedlismy najdroższe drugie śniadanie w życiu maczając bagietkę w wiaderku najtańszego jogurtu brzoskwiniowego. W Polsce za tyle nie da się kupić kawioru. Potem sobie obiecałem, że szybko nie wrócę w Alpy i po powrocie zapisałem się na Il Lomardia Gran Fondo...

A potem były wakacje. Tu opis jest zbędny, bo to będzie na dole w konkluzji :)


Po wakacjach pojechałem z Tomkiem do Paryża. Żony nie zabrałem do Paryża, a Tomka zabrałem.

Pod koniec wakacji trzeci raz pojechaliśmy z domu do Gór Kocich. I znowu ominąłem podjazd Prababka. Prababka jest tak kultowa, że nie mam punktu odniesienia. I tak jak każdy masters powie, że tarcze w szosie są bez sensu, tak każdy masters powie, że nie musi jechać na Col du Sanetsch, bo ma Prababkę*

*to ironia oparta na stereotypowym, wymyślonym wizerunku typowego mastersa, niemający nic wspólnego z empirycznie poznaną rzeczywistością.



We wrześniu ekipą z opolszczyzny i gliwieńszczyzny jeźdzliśmy po niskich partiach Jesseników i to była najmilsza z niedzielnych wycieczek. Nikt nie cierpiał.


Potem pogoda przez kilka dni była zła, nic się nie działo, więc żeby był ruch w instagramie, to poszło zdjęcie pod promocję numeru z artykułem o Szwajcarii. To tunel na samej górze przy zaporze Moiry. W tunelu jest stałe nachylenie 14% i wyjeżdża się na równy teren. Zabawnie się wraca, kiedy ma sie wrażenie, że wpada się do studni. Niesamowite. 


We wrześnio-październiku była jeszcze jedna wycieczka w Kocie Góry - Jacek ma fotkę na wypadek, gdyby chciał zostać mastersem.



Był też wyjazd przygotowawczy przed Il Lombardia - link. W Górach Sowich. Wydawało mi się, że to ma sens. Ma sens samo w sobie, ale nie da się przygotować na to, czym jest Muro di Sormano.



Natomiast to najlepsze miejsce do kibicowania prosom, w jakim byłem. Jadą tak wolno, że można ich spokojnie o kilka rzeczy wypytać. W porównaniu do tego podjazdu, ardeńskie "coty" to śmieszne kociaki. Nad Como realizowałem 60% mojego planu objechania monumentów. Niestety Granfondo w zawierało tylko ostatnie 120 km trasy prosów i trochę mi w z tym źle. Z drugiej strony na pierwszej części z Bergamo nad okolice jeziora nic się nie dzieje. Może kiedy, w fajnym towarzystwie uda się to ogarnąć, bo mam jedną niekończona rzecz, tam nad Como, na jednym z podjazdów... ;)


A powyżej kolejne miejsce do odwiedzenia w przyszłości - najpiękniejsza przełęcz, jaką widziałem, choć jechaliśmy ją autem w drodze powrotnej z Como - San Bernardino. Coś najpiękniejszego, co widziałem. Naprawdę.



W październiku odkryłem też, że runda przez wieś Borucice ma więcej wspólnego z piekłem, niż tylko piekielnie zły asfalt w jej najpiękniejszym miejscu. Z domu do domu przez Borucice wyszło 66,6 km. Przypadek?


W listopadzie już długie wycieczki się skończyły. Jedyna moja dłuższa była - tak, Wzgórza Strzelińskie. Ale była bez spiny, choć z Pawłem, który ciśnie zawsze. Doszło parę nieznanych mi wcześniej miejsc do kolekcji "zawsze chciałem tu skręcić, ale przez ostatnie 5 lat jakoś nie skręciłem".
Przedostatni dzień grudnia - Jacek jakoś w październiku wpadł na pomysł, żeby w tym (tamtym) roku zrobić sto setek. Niby koniec paźdzernika, niby ponad dwa miechy do końca roku, ale jak się pracuje, do tego mieszka na północnej półkuli i to tak daleko od równika, to może się okazać, że to nie jest takie łatwe. W ostatnią wycieczkę 100+ pojechaliśmy w kierunku północnej Opolszczyzny. To miejsce, które - mam nadzieję - będziemy mocniej eksploatować w 2018 roku. Na koniec trasy nie zapomnieliśmy o suplementacji. 

Konkluzja.

Jeżdżę sobie już jakiś czas. Niektórzy ludzie w moim najbliższym otoczeniu nie rozumieją, po co uprawiam sport, skoro się nie ścigam. No nie wiem - odpowiadam: "bo lubię", ale to wydaje mi się za proste. Tak jak jakiś hasztag na instragramie prężącej się do selfie osoby idącej na trening w pełnym makijażu :) Ja jeżdżę dla przyjemności. To do mnie dotarło w sierpniu - w wakacje, choć nie miałem wakacji od 21 lat, takich pełnowymiarowych, dwumiesięcznych wakacji.

Otóż kiedy jadę na moją ulubioną, przydomową pętlę, z której nie ma powyżej ani jednego zdjęcia, to jadę na wakacje. Całe 45 minut w jedną stronę, żeby na kawałku od około Wawrzyszowa do Gnojnej, przez Jeszkotle poczuć taki miłe "smyranie" gdzieś między piątym a trzecim kręgiem szyjnym. Tak, ja na rowerze czuję się jak na wakacjach. Jak jadę nawet gdzieś, dokąd muszę przebimbać 30 czy 60 km ścieżką wydeptaną moimi śladami, to i tak ten czas jest czasem czekania na przyjemne, na nowe, na takie przechodzenie za horyzont. Jestem trochę na smyczy, przypięty do maila, nerwowo reagujący na przychodzące połączenia itp - ale jestem wtedy wolny. Moja rodzina, to że jestem ojcem i mężem, to mój wybór. To, że nie mam teoretycznie wiecznie czasu - takim mam zawód, który lubię, ale i rodzina, i praca, choćby nie wiem jak się ją lubiło - męczy. A rower to wakacje. I to nie jest cholera wie jak filozoficzna metafora - dokładnie na myśl o wakacjach, o wyjeździe, o dojeździe, dojeżdżając lub będąc w fajnym miejscu, pojawiało się to samo "smyranie" między piątym, a trzecim kręgiem szyjnym. Strava mówi, że w 2017 roku miałem 513 godzin wakacji. To trzy tygodnie.