poniedziałek, 29 maja 2017

Katonal - lek na ból codzienności i weekendowe weltschmerzen ******


Staram się jeździć codziennie nie dlatego, że mam plan treningowy, ale dlatego, że lubię jeździć codziennie, a nawet kilka razy dziennie. Mogę czuć potrzebę odgórnego ograniczania - na przykład "maksymalnie pięć kaw" - ale nie w przypadku roweru. Na rowerze mogę być cały dzień. Ale nie mogę, bo żeby mieć czas na to, żeby mieć czas, to muszę pracować. Pewnie nie ja jeden. Ale kiedy już mam wolny czas w swoim zajętym czasie, to nie jest lekko - choć uwielbiam bujanie się wokół domu w odległości pięciu gmin czy powiatów, to jednak czasem lubię zaszaleć.

Plotki o tym, że przełęcz Červenohorské sedlo została otwarta (częściowo) i że zjazd do Loučnej nad Desnou jest czynny to było coś, na co się czekało. Ponoć wcześniej też się dawało, ale nikt nie dawał gwarancji, że kolejny raz też się uda. Kolegów na przykład gonił troll. Inni trafili na moment "tuż przed położeniem asfaltu" i jechali po idealnie ubitej podsypce, skutecznie ryjąc w niej bruzdę cienkim (w porównaniu do gąsienic pojazdów technicznych) jak żyletka kółkiem szosy.


Z kolegów, którzy nie zadają dwa razy pytania "o której kurwa?" został mi tylko Jacek, bo cała reszta zawsze traci zasięg po słowach "chciałbym wyjechać o 5:30 rano". Problem z Jackiem jest taki, ze zawsze nam się dobrze gada i jak jeździmy w zimie, to mam potem zapalenie krtani, a lecie od owadów zęby wyglądają jak wtedy, kiedy w podstawówce kolega z ławki uśmiechał się po zjedzeniu drożdżówki z makiem. Założenie było takie, że pojedziemy lekko - ja nie chciałem z pulsem wchodzić na wysokie obroty. 


Ciuchy zobowiązują - musisz cierpieć, kiedy masz na sobie tyle pieniędzy wydanych pod wpływem haseł o podejmowanym cierpieniu, przyjaźni itp. Nawet na filmach zawsze ktoś wjedzie w jedną kałużę, żeby był autentyzm - coś jak błoto w spreju dla tych posiadaczy modnych, angielskich SUVów, którym snorkel przeszkadza przy bramkach podziemnych parkingów. No i cierpnie polegało na tym, że ten piękny, szeroki asfalt pokrywała albo warstwa grysu, albo smoła. To było cierpnie, że przy prędkości 30 km/h rower tańczył jak na lodzie. A tu zjazd z taką ilością tornante, której najbliżej można szukać tysiąc kilometrów na południe stąd. 


O takie właśnie tornante. Akurat tu - idealnie czyste i tak szorstkie, jak lekarze na SORze powiatowego szpitala o 3.00 nad ranem.


Podjazd z Loučnej zaczęlismy za daleko - trudno, i tak właściwa część zaczyna się tuż za wsią, gdzie spotyka się ścieżka oficjalnego segmentu i nasza trasa. Po demonicznych zapowiedziach spodziewałem się naprawdę rzeźni - mój polar M450 nie pokazuje chwilowego nachylenia (a miał! skurczybyk!), a Jacka Edge 520 zwariował w lesie i przy okazji podjazdu i czasem coś pokazywał na wypłaszczeniach w okolicach 8%. Na Altimetrze opis podjazdu jest dość zgrabnie przedstawiony, choć trochę za patetycznie. Na pierwszej części jest las i tyle. Oczywiście piękny las, dający schronienie przed wiatrem (a to tu norma) i dający cień, o którym będzie można pomarzyć w końcowej fazie, gdy minie się górną stację kolejki. Wtedy zaczynają się widoki, oczywiście jeśli nie ma się jeszcze ciemno przed oczami. A w paru miejscach serduszko mi mocniej zabiło, jednak przyjęta taktyka trzymania się górnej granicy 4 strefy (no oko, przecież ja nie mam o tym pojęcia) udała się prawie w całości. Lepiej - czas całkiem nie najgorszy mi wyszedł. 

Po krótkim zjeździe i połączeniu się z asfaltem prowadzącym od Koutów zaczął się finalny atak - nieco ponad 2 km wspinania i to z bombowymi widokami, a przy wczorajszym braku wiatru i cyklamenowym niebie widoki były jak nie z tej szerokości geograficznej - gołe warstwowe skały, tuż obok, na wyciągnięcie ręki niemal - Pradziad. 1300 metrów nad poziomem morza - wał otaczający zbiornik elektrowni. Dla mnie cud - na Górze Żar nie robi takie wrażenia, ale to pewnie przez to, że ten w Polsce jest mniejszy, różnice wysokości są mniejsze, i dostępność jest mniejsza, bo zbiornik otoczony jest płotem - żeby za nic w świecie nie dało się z tego zrobić atrakcji turystycznej - jak ludzie chcą, to nie sobie wjadą starą kolejką z Gubałówki i niech paczą na Kęty. Jacek był zachwycony, bo byliśmy na górze tylko my - zwykle jest tu pierdyliard rolkarzy, którzy tak jak my łamią przepisy i wokół zbiornika popylają na tym, na czym przyjechali. Ja tutaj czuję się dziwnie - wszystko moje fobie w jednym miejscu, więc im dłużej jadę, tym bardziej ta trzymetrowa ścieżka wydaje się zwężać. Robimy zylion zdjęć i lecimy w dół.




W dół polecieliśmy już drogą na Kouty i tak też polecam, bo asfalt jest w bardzo dobrym stanie, nachylenia mniejsze i jest bezpieczniej. Widokowo też jest znacznie lepiej, bo dopiero na sam koniec wjeżdża się do lasu. Strasznie dawno temu tu byłem - ważyłem więcej, niż tonę i wszyscy patrzyli na mnie, jak foka w średnim wieku bujając wtacza się jednozawiasowym fullem mtb na górę. Zajęło mi to chyba z miesiąc wtedy, ale stracony czas odzyskałem przy zjeździe - przy takiej masie, jaką wtedy miałem, cud że nie spowodowałem globalnej katastrofy. Tym razem było też szybko - dopiero od połowy zjazdy pojawia się ryzyko, że wyskoczą zwierzęta czy turyści - mniej więcej przy dolnym zbiorniku.


Na wciąż wykańczanej częsci drogi Cervenohorskeho Sedla mejscami pojawił się ruch, nieobecny tu przed dwoma godzinami. Trochę motocykli, trochę ludzi kręcących filmy z fajnymi samochodami. Może to nie ten blog - ale nowy Jaguar F-Pace, choć wydaje się irracjonanym autem ("co? Jaguar ma SUVa??"), to jest dość ładny i w czarnym kolorze robi tam lepsze wrażenie na mnie, niż latające, wyrcząco-warczące Audi R8. 


Na szczycie przełęczy tylko jeden hotel nie jest remontowany. Uprzejma obsługa proponuje schowanie rowerów pod klucz w pomieszczeniu na narty. To miłe, podobnie jak pan kelner, który wykorzystał naszą obecność do przećwiczenia polskich liczebników "dwadzieścia", "trzydzieści", "czterdzieści". Wymiękł przy "sześćdziesiąt", więc pokazał na paragonie, że jest 162 korony za dwie kawy (jak zwykle "presso" nie oznacza espresso, ale że z ekspresu, stąd pytanie, czy z mlekiem) i dwie marlenki, które są miodownikami. Breloczki po 150 - są szosowe i mtb. 




Auto zostawiliśmy w centrum Jesenika i to spoko pomysł, bo gdybyśmy mieli więcej czasu, to zrobilibyśmy jeszcze Rejviz, ale czasu nie było. Około 11.00 drogi zapełniły się motocyklistami i już przestało być tak fajnie, więc rada jest taka - trzeba tam jechać. Najprędzej, jak się da i najwcześniej, jak to możliwe. Żadnej więcej błyskotliwej puenty :) nie jest konieczna w takim/po takim miejscu.

wtorek, 7 lutego 2017

Stężenie dopuszczalne

Zanim to się wydarzy muszę jeszcze pokonać schody. Skradam się. Wszelkimi sposobami próbuję przechytrzyć grawitację, mimo to stare drewno skrzypi. Każdy jeden stopień lamentuje w oskarżycielskim tonie, jakby schody wiedziały. Jestem już na parterze, kiedy z góry dobiega głos. Mój syn się przebudził i pyta ciemność o jakiś szczegół z życia Lewandowskiego. Nie odpowiadam, w nosie mam też dalszą ostrożność. Rzucam się do kuchni, dwoma susami dopadam spiżarki. Pod drzwiami garuje wiecznie głodny kot. Nagły ruch powietrza dosłownie mrozi krew w żyłach. To tylko wiecznie głodny pies. Trącam tego mniejszego, szarpię za klamkę. Po lewej! Druga półka od dołu! Już szperam w szklanym naczyniu, które w domu nazywamy kulą. Nie! To pułapka. Moja pięść utknęła w środku. Tylko dzięki ogromnemu doświadczeniu wydostaję dłoń, nie tracąc przy tym całego łupu. Los się wypełnił. Gwizdnąłem młodemu żelki. Teraz zamierzam odpokutować. Będę się karcił długo, będę połykał żabę żywcem, będę jechał przez Chorzów Batory, Rudę Śląską, Knurów. Dobrych ludzi przez życie prowadzi tęcza, złodziejom żelków na horyzoncie ściele się wyłącznie smog.


Styczeń, niedziela, temperatura kilka stopni poniżej zera. Wyjeżdżam później niż zakładałem. To przez wrodzoną skłonność do wylegiwania się. Ruch na ulicach niewielki, cieszę się, bo jadę przez centrum. Na jednym z głównych skrzyżowań zatrzymuje mnie czerwone. Ustawiam się możliwie blisko prawej krawędzi jezdni. Z lewej zajeżdża biała bryka. Tegoroczny Oscar za efekty dźwiękowe właśnie został przyznany. Bas jest zarazem miękki i dojmujący. Głęboko penetruje trzewia. Mimowolnie łapię rytm, zaczynam się bujać. Siłą rzeczy realizuję się głównie w układzie wertykalnym. Górny chwyt, łokcie pracują. Kierowca idzie na całość w osi horyzontalnej. Nigdy bym nie przypuszczał, że człowiek zapięty w pasy, zdolny jest do takich rzeczy. Zielone.


Ponoć prezydent Trump chwali sobie waterboarding. Przejazd przez Chorzów Batory, chwila wytchnienia w Lasach Panewnickich i dalsza podróż przez Rudę Śląską, śmiało może konkurować z tą wyrafinowaną torturą. Lekko podduszony dobijam do drogi 44, przekraczam ją i skręcam w pierwszą w prawo. Mijam dmuchanego jelonka w rozmiarze XXL, po chwili jestem znowu na DK 44. Jazda bez nawigacji to świadomy wybór. Nie twierdzę jednak, że dokonuję wyłącznie słusznych wyborów. W Przyszowicach odbijam na Gierałtowice, Knurów.



W samym Knurowie decyduję się na pierwszą przerwę. Dlaczego zatrzymuję się pod autostradą? Szukam pokuty. Dlaczego wszystko w Knurowie wydaje mi się takie amerykańskie? Nie mam pojęcia. Jeżdżę sam, dzięki czemu znam kilka fajnych trików na nudę w siodełku. Najskuteczniejszy to oczywiście dobry wycisk. Lubię też na trasie rozwiązywać coś na kształt wizualnej krzyżówki. Szukam w przestrzeni fragmentów, które budują określony ciąg skojarzeń. Czasem jest to film, czasem książka. Tym razem hasło krzyżówki brzmi: Clairton - miasto w Pensylwanii znane między innymi z Łowcy Jeleni. Zaskakujące, jak wiele w Knurowie przypomina mi arcydzieło Michaela Cimino. Tu i tam ten sam gęsty, przytłaczający krajobraz. To nie Lidl! To przydrożny motel. W pokoju pod ósemką sprawy potoczyły się źle. Żegnaj dziecino! Muszę pryskać z miasta. Na parkingu, w trupim świetle neonów, połyskuje rasowane Camaro. Rzeczywiście, muszę natychmiast ruszać. Od tego pyłu zawieszonego wszystko miesza się we łbie. Ostatkiem świadomości obiecuję sobie, że jeśli spotkam po drodze kolejnego jelenia, zadzwonię po pomoc. 


Drogą 921 kieruję się na Rudy. Za Stanicą w powietrzu wyczuwam tlen. To znak, że dalej będę przemieszczał się w obrębie Parku Krajobrazowego Cysterskie Kompozycje Krajobrazowe Rud Wielkich. W oddali dostrzegam samochód, wygląda jakby rzuciło go na lewe pobocze. Na szczęście wszystko gra, jestem u słynnego źródełka. Panie! Ta jedna to pięć lata trzymała butlę w szafie. Woda nawet nie zaśmierdła. Tamta druga do Niemiec wozi. Na cieszyńskiej etnologii już miałbym zaliczenie z badań terenowych i kajet pełen informacji o prawdziwych cudach. Takie źródełka to nie tylko czysty czajnik i kawa lepsza od innych. Żywa woda błogosławi, odwraca choroby, oczyszcza. Niczego dziś więcej nie potrzebuję. Już sięgam po bidon... rezygnuję. Płoszy mnie wizja cudu, który wymyka się spod kontroli - zostaję blogowym ewangelistą nauczającym w sieci.


Rudy są piękne. Pocysterski Zespół Klasztorno-Pałacowy jest piękny. Rzeka wije się pięknie. Drzewostan jest piękny. Ścieżki wokół są piękne, śnieg na nich twardy i zbity. Z łatwością pokonuję pętelkę na 25-tkach. Resztki pomnika żołnierzy poległych w wojnach napoleońskich też są piękne. W toalecie obowiązuje zakaz wprowadzania rowerów, co nie znaczy, że wewnątrz nie jest pięknie. Ruszam na północ.



Nagle - gwizd! Nagle - świst! Pruje z prędkością, która dziś nie jest mi dana. Chciałem kuknąć na sprzęt, lecz zdążyłem zauważyć jedynie zaciśnięte usta. Najprawdopodobniej w niemym proteście przeciwko żelkowym rabusiom. Żarty żartami, a tu trzeba zdobyć się na powagę. Mamy dwa możliwe warianty interpretacji zdarzenia. Pierwszy - najbardziej prawdopodobny. Jesteś jednym z tych szajbusów, który dla kolarstwa stracił głowę. Wspinasz się na swój osobisty szczyt. Upadasz, wstajesz. Pot i łzy leją się strumieniami. W wyścigu o puchar wójta byłeś czwarty. Jesteś źródłem inspiracji, pomostem do świata największych. Jesteś Kimś. Wariant drugi - niestety istniejesz, również w kontekście rowerowej pasji. Jesteś klasycznym mądralą, dzielisz, kategoryzujesz. Jeździsz zafiksowany, a przez to wiecznie sfrustrowany. Pamiętne słowa Pirata próbujesz światu udowodnić w parkowej alejce. Bywa, że jadę tam z sześcioletnim synem. Nie szanujesz jego zdrowia, ani przyszłości, której nie znam. W wyścigu o puchar wójta byłeś pierwszy. Wariancie drugi! Wróć na moment do Knurowa i przypomnij sobie, jak wiele kojarzy mi się z amerykańskim kinem. Draśniesz mojego syna, a na rower już nie wsiądziesz. Drogą 919 docieram do Sośnicowic.




Śmiem twierdzić, że takich Sośnicowic mamy na pęczki. Wszystkie je bardzo lubię. Są Sośnicowice większe, są i trochę mniejsze. W pierwszych stoi jeszcze pałac, w drugich nigdy go nie było. We wszystkich Idzie Nowe budzi tyle samo obaw, co nadziei. Zawsze tak było i długo pozostanie. Sośnicowice mają swój urok, któremu nie potrafię się oprzeć. Mógłbym go chłonąć godzinami. Najchętniej przez panoramiczne okna cukierni Hania, gdzie pani Justyna raczy mnie kawą i grylażowym torcikiem. Dochodzi piętnasta. Czas zawijać do domu, zanim zacznie zmierzchać. Ostatni raz spoglądam przez ramię. Ona nadal jest kelnerką, tamten przy ladzie wygląda na pianistę z jazzowym zacięciem. Do Bojkowa jedzie się dobrze. Dalej smog...




niedziela, 22 stycznia 2017

Człowiek z Cro-Mo

Ten wpis mógł ukazać się wcześniej. Była na to realna szansa, którą przyznaję zaprzepaściłem. Powód obsuwy nazywa się Stranger Things. Fajny serial. Zaliczyłem sezon z prawdziwą przyjemnością z co najmniej jednego powodu. Piosenka, którą już kiedyś słyszałem! Twórcy serialu z wdziękiem serwują nam stare, dobre kawałki. Po mistrzowsku rozgrywają nasze ciągotki do rzeczy dobrze znanych. Bracia Duffer świetnie zdają sobie sprawę z tego, jak bardzo lubimy podróżować wstecz. Atrybutom przeszłości nadajemy wówczas cudowne, pozaracjonalne cechy. Mitologizujemy tworząc własną Epokę Snu, gdzie tkwią wszelkie punkty odniesienia. Trochę się wymądrzam, na studiach naczytałem się o australijskich aborygenach. Mityczny czas, początek wszechrzeczy. Tam bije źródło, tam grały lepsze kapele, jeździły lepsze samochody, jeansy miały mocniejsze szwy. Uwaga! Przechodzę do sedna. Tam była lepsza stal. Niezniszczalna! Kiedy na pewnym portalu aukcyjnym dostrzegam klasycznego Marina z Epoki Snu nawet nie bawię się w licytację. Klik. Jestem z powrotem w latach dziewięćdziesiątych. Noszę trampki i bawełniany kaptur sygnowany logo stanowego uniwersytetu. W naszej pipidówie działa mała wypożyczalnia video, królują amerykańskie produkcje. Tak, kino też było lepsze. Szczęki opadały niżej.



Budzik dzwoni za wcześnie. W chałupie ciemno, za oknem ciemno. Jednym okiem sprawdzam prognozę pogody z nadzieją, że może jakoś się wywinę. Rzeczywiście, jutro będzie słonecznie. Dziś lepiej obrócić się na drugi bok. Wyłażę z wyra z czystej przekory. Temperatura w izbie nie przekracza 16-stu stopni. Na szczęście szczapki i drwa naszykowałem sobie wcześniej. Po chwili czeluść pieca przemawia. Zaczynam się ubierać. Nie stosuję żadnych nowatorskich sztuczek, choć eksperymentuję z kalesonami merino. Jedyne, co wyróżnia mnie na trasie to grube, narciarskie rękawice. Nie wiem czy wszyscy rowerowi zapaleńcy mają paskudnie przemarznięte dłonie, których nijak nie można dogrzać. Ja mam z tym rzeczywisty problem. Wiem natomiast, że wbrew nawykom muszę coś zjeść o tak nieludzkiej porze. Wmuszam w siebie dwie grzanki z czosnkiem popijane kawą. Sprzedaję buziaka rodzinie i ruszam. To będzie trudna przejażdżka, co nie znaczy że trasy w Beskidzie Niskim są guzik warte. Przeciwnie, są piękne i urozmaicone.


Żeby dotrzeć do szosy muszę najpierw pokonać leśny dukt, przez który w trakcie roztopów niełatwo przedrzeć się nawet jeepem. Gruba warstwa zmrożonego śniegu ułatwia zadanie. Powiem więcej, to jest prawdziwa frajda, gnam na złamanie karku wśród strzelistych jodeł. Za kilka godzin, w drodze powrotnej będę na tym odcinku z mozołem prowadził rower strzelając gilem z obu dziurek. W dolinie szybko orientuję się co mnie czeka. Nie ma jezdni, jest breja. Zastanawiam się, czy to aby nie sprawka tych nowobogackich hanysów, którzy gdzieś tu w pobliżu wylewają cysternami nieprzejedzoną, świąteczną moczkę. Chciałem jechać do Dukli, ale pod wpływem warunków koryguję plan. Kieruję się na Bielankę przez którą planuję dotrzeć do Nowicy. Dalej zobaczymy.



W samej Bielance nie byłem od dawna, choć miejscowość leży rzut beretem od naszej chałupy. Nowa, murowana cerkiew prawosławna pozytywnie mnie zaskakuje. Nie będę poruszał się żadnym, popularnym w okolicy szlakiem obiektów sakralnych dlatego bardziej interesuję się tym, co dzieje się u góry. Słońce przebija się przez... chromomolibdenowe chmury. Kopuły cerkwi płoną żywym złotem. Teraz powinienem pociągnąć, w tej samej taniej poetyce, filozoficzny wątek o rowerowej metafizyce i cudach na trasie, które zmieniają nas w lepszych ludzi. Psińco! Następnym razem wkurzymy Wojtka. Tymczasem niebo znów przypomina listopadowy Bałtyk i szlag trafia całe misterium. Wracam w pośniegowe błoto.


Na szczycie wzniesienia, tuż za wytwórnią betonu (!) znajduje się rozjazd. Odbijam lekko w lewo na stary maziarski trakt prowadzący do Nowicy. To bardzo przyjemny odcinek. Jazda znowu daje radość. Leciutka warstewka świeżego śniegu pozwala oponom toczyć się bez problemu, a ja czuję że w pełni kontroluję rower. Kiedy z dużą fantazją mija mnie Audi pozwalam stereotypom uporządkować świat. Zwalniam, fotografuję, zjadam słodycze, piję wodę.



Miałem nadzieję, że w Nowicy spotkam starych znajomych. Kręcę się chwilę koło chałupy Bolka, zjeżdżam w dół pod dziewiątkę. Cisza, spokój, ani żywej duszy. Przejeżdżam przez wieś, cisnę do góry na Przysłop, a potem kolejnym, leśnym skrótem docieram na Przełęcz Małostowską w masywie Magury. Po drodze ścigam się z człowiekiem na desce snowbordowej.



Z przełęczy kieruję się na Gładyszów. Zjazd kusi, ale nawierzchnia znowu spływa breją. Nieco rzadszą niż poprzednio. Sól! Panicznie boję się soli, mam to po tacie. Jadę ostrożnie i powoli, jest więc okazja podumać. Wiosna, Epoka Snu. Cała moja banda wybiera się na wierzby gdzie herszt poczęstuje klubowymi. Ja w garażu, pod okiem taty, zasuwam z drucianą szczotką pucując naszego fiacika od spodu. Wszędzie ta cholerna sól. W naszej rodzinie mężczyźni nienawidzą drogowej soli. Gładyszów wita mnie regularną śnieżycą.


Przede mną Banica i dobrze znany mi gościniec. Tam decyduję się przeczekać, odsapnąć. Wiem, że rowerowe abecadło wciąż jeszcze wymaga w moim przypadku praktyki. Czytam o tym wszystkim na kilku blogach, męczę pytaniami Wojtka. Nigdzie jednak nie znajduję informacji, jak odpocząć na trasie. Nie umiem odpoczywać. Żłopię gorącą herbatę, popijam kawą i już lecę dalej.



Mam jeszcze trochę czasu na dalszą podróż. Czarne na mapie wydaje się moim zasięgu. Na drodze do Wołowca muszę jednak zmierzyć się z przykrą niespodzianką. Trasa jest nieprzejezdna. Śniegu tu jakby więcej, innego przypominającego niewyrobione ciasto na pizzę. Grzęznę, nieustannie ucieka mi przód. Walczę z tym ciastem, kilometr, może więcej. Wreszcie dostrzegam przed sobą parę turystów z plecakami. Jeśli ich dojadę będę kontynuować. Dojeżdżam. Chłopak z dziewczyną, najprawdopodobniej przywitają w tej głuszy Nowy Rok. Dziewczyna zadaje rzeczowe pytania, o opony, o warunki na trasie, o tempo. Dziewczyna jest z Australii. Gdybym szukał błyskotliwej puenty, w Wołowcu zamiast znanego pisarza, osadziłbym wiszącą skałę. Wracam do domu.



czwartek, 12 stycznia 2017

reminescjencja, czyli po polsku: flashback


To jest wpis, który teoretycznie powinien pojawić się jakoś w końcu lipca, jednak z przyczyn, których nie pamiętam, nie powstał. Dzisiaj przekopywałem zdjęcia z sesji, którą miałem dzień wcześniej i tak jakoś trafiłem. No i poszło. Za oknem mam krajobraz jak po błotnej lawinie, wiatr wywiewa resztki ciepła, a szarość powoduje, że chorobliwy optymista z ogniem w oczach patrzy na żyletki. No i to jest idealny moment, żeby stworzyć post pełen gównolotnych konkluzji o życiu, ale to nie ten blog :) Zobaczyłem zdjęcia i się zapaliłem, bo dzięki zdjęciom wróciło wszystko (przez chwilę), co wtedy towarzyszyło mi tego dnia. No więc będzie wyliczanka.


I

Rzecz podstawowa. Budzik wtedy zadzwonił gdzieś około 4:30. Było już jasno, a ja chwilę wcześniej wróciłem z wakacji i prosto z nich pojechałem na sesję, o której na śmierć zapomniałem. I teraz, choć wydaje mi się to super odległe, to całkiem niebawem będę ubierać się tak samo, jak wtedy - potówka, krótkie lajkry... ubieranie znowu zajmie mniej, niż sama jazda :) Wstałem rano i pamiętam, że miałem opóźnienie w wyjściu, a to było istotne, bo chyba to był czas super upałów. Poranek z długimi cieniami i rześkim powietrzem, w głowie wtedy chyba głównie doskonały set od Jamesa Holdena i to poczucie, że jadę na Przełęcz Lądecką. To nie bardzo daleko, ale zawsze to miło pomyśleć, że się z domu rowerem kopnąłem do innego kraju.




II

To, że po drodze jechałem przez Wzgórza Strzelińskie, że w kilku miejscach mijałem widoki utkane z najlepszych wizji tego, jak musi wyglądać w Toskanii (tak, tylko zamiast cedrów - topole, ale nie można mieć wszystkiego), to oczywista radość dla mnie i ponownie zapraszam Cię do tych Wzgórz.

III

Droga dojazdowa do Ziębic minęła błyskawicznie, choć pamiętam, że wiało bardzo i wtedy powstał w mojej głowie termin zezowaty wiatr. To od tego, że ilekroć mijałem jakieś wiatraki elektrowni wiatrowych, tle razy wszystkie wiatraki były zwrócone w diametralnie różne strony i wszystkie kręciły się tak samo intensywnie.


IV

37 lat i pół. Tyle wtedy miałem. Teraz mam pół więcej i z zimowego dystansu nie mogę dać uciąć sobie swojej siwiejącej głowy, że latem nie dostanę małpiego rozumu i znowu będę wierzyć, że o 9.00 rano w Paczkowie zjem gdzieś śniadanie wiedziony instynktem, że przecież Paczkowianie gdzieś rano jeść muszą. Otóż nie - nie muszą. Podobnie jak Ziębiczanie, Strzelinianie itp. Wszyscy chodzą do pracy głodni. Albo jedzą w domach. No więc zrobiłem tylko postój, przypomniałem sobie zapach kawy z poprzedniego dnia i bocznymi uliczkami Paczkowa wyleciałem do Javornika.


V

Tu zawsze synom chcę pokazać znak drogowy "uwaga na przechodzące płazy", który stał tu jeszcze w 2008 roku. Nie ma go, a szkoda, bo to kraina występowania pięknej salamandry.


VI

Tu powstała ładna historia o kości pneumatycznej, która wystawała z trupka szczygła leżącego na poboczu. Oczywiście wjechałem w niego przypadkiem i potem zatrzymałem się chwilę dalej. Jakieś 600 pikseli niżej, bo w miejscu z poniższego zdjęcia...





VII

Publiczny zwracacz uwagi. Stwierdziłem wtedy, że jak już i tak jestem głodny i zasłodzony batonami, a zaraz będzie super upał, w czasie którego będę musiał dojechać do domu, to może wjadę na Przełęcz Lądecką też na głodnego (przecież nie pierwszy raz, ale pierwszy raz z domu). A potem, jakby w nagrodę, zaserwuję sobie śniadanie na wypasie w ulubionym Hotel Taverna w Javorniku.

Dlatego szybko skierowałem się na Travną i dalej na przełęcz i zrobiłem zdjęcie miejsca, z któego kiedyś robiłem zdjęcie i jak to zdjęcie (to z wtedy, nie z teraz) poszło na Szosę, albo na Szosowąszosę, to z miejsca ktoś napisał "to nie jest Przełęcz Lądecka, bo ona jest dalej". I było już gorąco i musiałem na kimś wyładować to, że jestem głodny, a obrzydliwy słodki posmak batonów zabija jedynie rzeka słonego potu wlewająca się do moich ust. Tak więc przepraszam, że wtedy się w myślach wyładowalem na tym nieszczęsnym komentującym. Choć wciąż mnie denerwują takie komentarze, kiedy ktoś koniecznie chce się pochwalić swoją bystrością i zamiast uwagę wrzucić w prywatną wiadomość, to musi błysnąć publicznie. Ale przecież wolno, nie? Tylko to często wygląda finalnie jak memy z patriotycznych profili, w których w jednym zdaniu są trzy błędy ortograficzne i zła interpunkcja ;)




VIII

Świat nie stoi w miejscu. To, że coś, co było "niedawno" okazało się być wieki temu, to nie znaczy, że to jest contans, choć miejsce, w którym się jest, za takie się uważa. Fest bełkot, nie? Chodzi o to, ze jak gdzieś przed dziesięcioma laty jadłeś śniadanie o 9.00 rano, to czasy się zmieniają i teraz kuchnia jest czynna od 12.00. Ale nie mogłem czekać, więc zamiast najlepszej jajecznicy (której smak też mógł ewoluować przez dekadę i to w złym kierunku) zgodziłem się na ofertę kawa plus piwo plus kofola. W toalecie zatankowałem do pełna bidony i poleciałem szukać węglowodanów.




IX

Powyżej endemit - Czeski Aborygen. Poważnie. Spójrz mi w oczy i powiedz, że to nie jest Aborygen.



X

Generalnie niechętnie wracam z roweru. Ale pamiętam, że z porannej, pełnej siły i poczucia przygody trasy zostały tylko strzępy klejące się do rozedrganego asfaltu. Oba bidony nie dojechały do Ziębic, choć minęło tylko 30 km. Jeden został wypity, drugi wylany na kask i tors, a ciało zaczynało się czuć jak klasyk ormiańskiej kuchni - taki fajny, suszony przysmak z wołowiny. Piękne góry za plecami już nie przyciągały swym magnetyzmem. Jechałem dosłownie na oparach licząc tylko minuty do kolejnej stacji benzynowej czy biedronki. Nie pamiętam, jak bardzo było gorąco. Pamiętam, że strasznie. Taki łąkowy krzyk świerszczy stał się dźwiękiem smażonego mnie na asfalcie. Heh - "grillowany na ruszcie z prętów siodła";) ostatkiem sił robiłem tylko notatki (myślowe) do zdjęć, które i tak wyszły nieostre - bo "to tu miałem kiedyś przyjechać". Boczne drogi nęciły. Dzisiaj mam nieostre zdjęcie, choć nie wiem jak udało mi się zrobić nieostre przy tak ostrym świetle. No i zapomniałem włączyć geotagowanie, więc podwójny fakap.



I to wszystko weszło dzisiaj. W upale spowodowanym niewyrabianiem się ze zleceniami. Powietrze wibrowało jak wtedy, tylko zamiast słońca podgrzewała je (to powietrze) wibracja telefonu panicznie skaczącego podczas dywanowego nalotu maili :)

Dobrze, że to się stało. Dzisiaj idę na rower, za godzinę na jakąś godzinę z hakiem, żeby nie zamarznąć. Ale jest na co czekać - to tyko trzy miesiące i połowa kwietnia, możliwe będą już upały. Pomyśl, co było trzy miesiące temu. To tylko 3 przelewy do ZUSu :) to strasznie blisko. Tylko nie myśl za dużo, bo zaraz dojdziesz do momentu, w którym posmutniejesz myśląc, jak ten czas zapierdala, a to powoduje tylko przyrost patosu do opisów zdjęć na instagramie ;)