poniedziałek, 11 czerwca 2018

kilka rzeczy jak przeżyć na urlopie


Wraz z połową Polski w weekend majowy wsiadłem do samochodu i pojechałem do Chorwacji zrobić pewien materiał. Nie byłem wcześniej w tym kraju będącym na celowniku polskich turystów od prawie dwóch dekad. Naprawdę nie ciągnęło mnie tam. Teraz pojechałem z rodziną do rodzinnego resortu w Zatonie, a że zawsze na wakacje biorę ze sobą rower, to w sumie napiszę lekki post o tym, co robić, żeby na wakacje zabrać rodzinę i rower, oraż żeby rodzina nie obraziła się za to, że "czuje się tłem rowerowych wycieczek". Nie napisałbym tego, ale ilekroć w socialmedia wrzucałem foty z rodzinnych wakacji to ktoś pytał "zabrałeś rower na rodzinne wakacje? ticz mi master!". No to piszę wraz z kilkoma chorwackimi obserwacjami.


Te porady są lekko żartobliwe, ale w każdym dowcipie jest odrobina żartu. Druga rzecz - nie życzę sobie pretensji "nie działa, żona chce rozwodu, wisisz mi 100 baniek". Oj nie - ja tu opiszę jak ja to robię, a ja jak Ty masz to robić.

Ta roślina to 80% przyjemności w Chorwacji. Nie znalazłem polskiej nazwy niestety.

1. Najważniejsze dla mnie jest to, żeby wstać tak wcześnie, jak się da i żeby być w hotelu/domku letniskowym, zanim rodzina zacznie rozpełzywać się z łóżek. Niby to proste, ale nie jest pozbawione wad. Po pierwsze moje dzieciaki w dni robocze chcą spać do 11.00, a w dni wolne od pracy potrafią zbudzić się o 7.00 i kręcić po domu/pokoju jak zombie. Chyba, że znajdą jakiś wolny smartfon z grą, którą lubią to nie, ale potem mogą nieopatrznie wyłączyć budzik i nikt z dorosłych nie wstanie zrobić im śniadania i potem już tylko prokurator i telewizja pukają do drzwi.

Wadą tego rozwiązania jest to, że sam się nie wysypiam na urlopie, a nawet jestem ultraniewyspany, bo:

2. Nie daję rodzinie odczuć, że wieczorem jestem śnięty i chcę iść spać o 19.00, żeby rano wstać o 4:30 i jechać po bułki 80-120 km. To znaczy czasem daję znać, ale walczę z tym. Efekty tego są takie, że na wakacjach odpoczywam na rowerze. Muszę być jak te ptaki, co śpią w locie - jerzyki. Ale niestety Chorwacja - przynajmniej Dalmacja - nie pozwala na beztroską jazdę po drodze na jednej śpiącej półkuli mózgu. Po kilku dniach tam mam odczucie, że żaden z poznanych przeze mnie narodów nie jeździ gorzej, niebezpieczniej, niechlujniej niż Chorwaci. To jest masakra i miałem spięte poślady ilekroć słyszałem jadące za mną auto. Co prawda spory odsetek aut w majowy weekend to te z Polski, ale one akurat raczej dawały tam lokalsom przykład, jak poprawnie wyprzedzić cyklistę.



Most na wyspę Pag. Stoję sobie i robię zdjęcia i już myślę o tym, że ta masa chmur co idzie znad morza to mnie zmoczy doszczętnie (deszczętnie). Podjeżdża niebieskie audi, wysiada z niego kobieta i mężczyzna, tacy około pięćdziesiątki. Gadamy sobie łamgielsczyzną, a potem patrzę na tablice - SCZ i kilka cyferek. W majowy weekend na nie-polaków ciężko było trafić. To było przezabawne, gdy w turystycznych miasteczkach słyszało się tylko polskie rozmowy. W Krakowie tak nawet nie ma :)


Łuk w Grbe

Chorwaci w Dalmacji dość specyficznie dbają o zabytki. Fajnie, że są, ale bywają albo kompletnie nie opisane, albo wystawione na działanie turystów. Mnie to przytłaczało, gdy widziałem hordy dzieci biegających po tysiącletnich - a czasami trzykrotnie starszych -  elementach rzymskich świątyń. Fajnie, że można tego dotknąć, dla mnie to mega doświadczenie, ale brak jakikolwiek zabezpieczeń wydaje się być super krótkowzroczne. Rozumiem, że idea, aby można było obcować z historią jest dobra, tylko... mam wrażenie, że 90% ludzi tego nie rozumie.

Nin, kościół Świętego Krzyża z IX w. 

3. Pakując się nie mówię dzieciom "tego nie zabierajcie", a żony nie pytam "tę torbę też musisz pakować?". Mam Mondeo Mk 4 w wersji liftback. Jadąc na 2 tygodniowe wakacje wchodzą do niego dwie bardzo duże walizki, jedna średnia, dwie mniejsze torby i z pięć kosmetyczek. Na płasko oczywiście. Na wierzch spokojnie kładę ramę i koła w pokrowcach. Płasko i klapa się zamyka bez przeszkód. Czasem dopiero na miejscu ktoś zauważa, że mam rower. Jak coś nie wchodzi, to dzieciom proponuję, czy nie chcą mieć swoich plecaków z zabawkami pod ręką na wypadek ataku nudy. Zawsze chcą, choć mimo nudy nigdy nie bawią się spakowanymi zabawkami :)



4. Wracając z porannej wycieczki lepsze wrażenie robi się wnosząc do pokoju świeże bułki, niż nie wnosząc niczego. Jeśli przypadkiem się spóźniam kwadrans lub dwa, to zawsze mogę to zrzucić na poszukiwania tej najlepszej piekarni. Rzecz jasna idzie na to mniej czasu, ale każdy wie, że na rowerze czas tak strasznie szybko leci... ;)


Przyznam, że bardzo mnie interesowało, jak Chorwaci radzą sobie z tym, że ćwierć wieku temu mieli tu krwawą jatkę. Dla mnie to przerażające. Trudno mówić, że nie ma już tematu, bo wciąż są tu puste budynki ziejące czarnymi dziurami wybitych okien stojące w krzakach w jakimś pięknym miejscu opanowanym przez owce. W ciągu dnia więcej serbskich aut widzę u mnie na wsi na ulicy, niż tam przez cały pobyt.


Drugą rzeczą, która mnie interesowała była chorwacka kuchnia. Owoce morza w pierwszej kolejności, ale dzięki serialowi Ugly Delicious (poniżej) zacząłem uważniej przyglądać się pizzy w różnych krajach. Niemniej i pizza, i owoce morza są tam znakomite z wyjątkiem restauracji w samym campingu w Zatonie. Ta powinna "zatonąć". Natomiast rzecz, która mnie najbardziej zaskoczyła w Chorwacji to ceny. Wydaje mi się, że spacerując sobie ze Szrubkiem przed rokiem w szwajcarskim kurorcie Crans Montana i próbując znaleźć coś do jedzenia tańszego niż roczny budżet średniego powiatu na Mazowszu - rzadziej parskaliśmy śmiechem.



Wyspa Wir zachwyciła mnie kompletnie pustą, idealną wąską nitką asfaltu w północno-zachodniej części. Jest wyłączona z ruchu i jednokierunkowa, ale trzeba uważać, bo pomimo wyłączenia z ruchu, turyści zapuszczają się tu podziwiać spektakularny zachód Słońca. Numer dwa - z poznanym na miejscu Darkiem z Radomia lecieliśmy sobie w dół, do morza, gdy za winklem wyskoczyły na drogę dziki. Podobno jest ich na wyspie sporo. 


Rowerem przejechałem tylko dwa spektakularne mosty, ale ponieważ chorwackie wybrzeże Adriatyku to głównie zyliony wysp ciasno utkanych przy linii brzegowej, wiele z nich połączonych jest mostami. I to jest naprawdę piękna rzecz. Po paroma przepływałem, a kilkoma jechałem w drodze, jeszcze w aucie. 



Nin, wyspa Wir, Zadar - mnie te miejsca zaskoczyły. Mógłbym się tam snuć godzinami po posadzkach śliskich jak teflonowa patelnia. Wszędzie koty, śpiące nawet w za małych kartonach z chińskimi zabawkami. Ale nie, że biedne takie - grube, spasione, piękne koty.




Kościół św. Mikolaja, XII w. Takie małe kościoły sprzed 1000 lat i starsze - ja jestem niewierzącą osobą, ale one mnie przyciągają jak magnes, przez swój wiek czy surową, piękną formę.

Miałem pojeździć znacznie więcej, ale niestety w drodze do Zatonu się rozchorowałem i w sumie dopiero po miesiącu w miarę doszedłem do siebie przechodząc przez autentyczne piekło. Efektem tego miała być dzisiaj operacja, ale lekarz diametralnie źle postawił diagnozę i okazało się, że nie muszę. Może przez fakt dokuczliwej przypadłości trochę mnie Dalmacja zawiodła, a może dlatego, że byłem w paru innych miejscach, które podobały mi się znacznie bardziej. Fajnie było w Zatonie, dobre miejsce na wakacje z rodziną, szybki dojazd do masy atrakcyjnych miast. Dzieciaki nie nudziły się, chociaż my głównie odpoczywamy aktywnie - rejsy, spacery, lody, pizza, wycieczka, plaża, łapanie krabów pustelników, szczypanie krewetek, szukanie muszli. Wyjazd rodzinny jest dla celów rodzinnych - rower brałem przy okazji. W ten deseń Dalmacja jest super. Ale jakbym miał jechać 1150 km tylko z rowerem? Nie nie, wybieram Włochy. Po drodze do Chorwacji jechałem (jak wszyscy) przez Słowenię. Ponieważ tak się stało, że niechcący musiałem tam zboczyć z kursu i chwilę pobyć, to mam wrażenie, że to jest kraj, który chciałbym odwiedzić z rowerem i to bardzo szybko.

Wszystko zaczyna się zmieniać w momencie, kiedy dzieci są na tyle duże, że chcą mieć na wakacjach swoje rowery, ale nawet wtedy lubię samotnie, rano zrobić sobie swoja trasę. Podobnie miał Darek, którego spotkałem w Chorwacji - nie było zdziwienia, kiedy umawialiśmy się na rowery i pierwsza proponowana godzina to 5:30. Darek przyjechał z trójką dzieci i żyje. Nie będę tu rozwlekać się nad tym, że rodzina to sztuka kompromisu, że dzieci to skarby i że wszystko pięknie. O nie - nie mam zamiaru motywować do czegokolwiek, bo jeśli ktoś potrzebuje motywacji do robienia rzeczy, które lubi, to znaczy, że tych rzeczy właściwie nie lubi - biegania, roweru, badmintona, zebrań w związku hodowców gołębi pocztowych czy dłubania przy silniku remontowanego motocykla itd itp.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Gastro Fondo


Zauważyłem, że piszę posty na tym blogu wtedy, kiedy szykuję się do napisania artykułu do Szosy. Taka prawidłowość, bo tu mogę swoje emocje dosolić prostym przekleństwem i sprawa załatwiona, a pisząc do czasopisma jednak to nie wypada. Pojechaliśmy z Tomkiem na spacer trasą wymyśloną parę lat temu na początku naszej znajomości, kiedy mało wiedzieliśmy i mało umieliśmy. 

Wtedy pewnie pojechalibyśmy to tak, że dzień później nie byłbym w stanie napisać niczego, z wyjątkiem zapytania do google "co mam zrobić, żeby nie bolały nogi", choć pewnie i to przyszło by z trudem. Teraz wiemy, że najlepszym sposobem jest jechać spokojniej, choć to wydawało się niemożliwe przy prędkości wiatru, która w niedzielę przekroczyła wszelkie normy zdroworozsądkowego wyjścia na rower.


Ruszyliśmy rano z Otmuchowa w kierunku Javornika. Pierwszy punkt programu wiosennej wycieczki to Piotrowice Nyskie - pałac. Wygląda na fajne miejsce na wypoczyn - nikt nie prosił czy nie płacił, ale ja bardzo szanuję każde przedsięwzięcie, które ratuje tego typu obiekty, więc link wklejam.



Przed samym Javornikiem skręciliśmy w bok, co łatwo da się odszukać na Sstravie takim brzydkim "dzyndzlem". W sytuacji treningowo-pętlowej taki dzyndzel na Stravie to zło. Ten dzyndzel jest bardzo intencjonalny. Prowadzi on bowiem za koniec świata. To wygląda dziwnie, bo za tym znakiem stoi stwór i chwilę nam to zajęło, żeby połączyć fakty, nazwę restauracji między innymi, żeby skojarzyć, że to rak, a całe miejsce jest Rakową Doliną. Ale to jeszcze nie to...


...bo trzeba jechać dalej. To znaczy ta "rakowa" restauracja pewnie jest spoko, ale dalej, za "końcem świata" powinno się dotrzeć do osobliwości - tak mi się zeszło z oglądanym w ten weekend kolejny raz Interstellarem. W sumie to nic dziwnego, bo za horyzontem zdarzeń wyznaczonym tabliczką informacyjną jest to:


Tančírna

Właściwie to można by poświęcić jej osobny wpis na blogu, choć jestem przekonany, że nawet małą książkę. Nie wiem jakim cudem to zobaczyłem dopiero teraz. To znaczy wiem - Tomek mi pokazał, ale on wpadł na to zupełnie przypadkiem w styczniu tego roku zwiedzając na ravelu w śniegu pogranicze i wpadł tu dosłownie z misją ratunkową, żeby uratować dłonie przymarzające do kiery.

Historia jest opisana na stronie, więc nie będę się rozpisywać. Secesyjna sala taneczna wybudowana na polecenie (albo za pomysłem) wrocławskiego biskupa. To, że Niemcy kochali ten region i umieszczali najbardziej nieprawdopodobne konstrukcje w najmniej ludnych miejscach to dla mnie już nie nowość. A to, że Czesi z totalnej ruiny z pietyzmem zrekonstruowali w najdrobniejszych detalach ten obiekt, to drugie. Górna sala jest otwarta, a dole znajduje się kawiarnia z przesympatyczną panią, która nie chciała namówić się na zdjęcie. Powiedziała, że mogę zrobić zdjęcie baru. No to zrobiłem.


Tak jak wszędzie w Czechach, tak i tu można kupić taka drewnianą odznakę. To też fajne, że w obrębie kraju powstał jeden wzór pamiątki do kolekcji i spotkałem go już niemal na każdym kroku - 4 cm krążek z drucianym uchem i wypalonym zarysem historycznego obiektu wraz z opisem. Dla mnie super. Za kawę można płacić kartą i nikt nie mówi, że "od 100 koron można". Wspominam o tym, choć to nie łaska, ale zaraz się okaże, dlaczego.




Sala jest genialna. Nikt nas nie gonił, można sobie spokojnie obejrzeć secesję w pełnej krasie. W Rakowej Dolinie można nocować w hotelu lub mikrych chatkach. Dużo ludzi było tam już teraz, ale mając na uwadze jak dużo ciekawych rzeczy czeska turystyka oferuje w Rychlebach, to możliwe, ze noclegów trzeba tu szukać z solidnym wyprzedzeniem.



Dalej przetoczyliśmy się na Polską stronę do Lądka i Stronia Śląskiego, z którego pojechalismy w kierunku Czarnej Góry i Kletna. Na drogach syf, asfalty takie sobie. Od przegibku w kierunku Kletna zrobiło się sympatyczniej przez wąski asfalt i potem malowniczy zjazd pod Jaskinię niedźwiedzią. Dziesięć lat temu z moim przyjacielem jedliśmy w Kletnie pstrągi w fajnym miejscu - świeżo otwartej restauracji Bikers Choice. Teraz okazały budynek zarasta chaszczem.




No więc w Kletnie nie zjedliśmy nic. W Bolesławowie odrobiliśmy swój kilometr bruków w kierunku na Przełęcz Płoszczynę. Dojazd do podjazdy super, ale na samym podjeździe zalegała masa syfu po zimie. Na samej przełęczy wiatr wiał tak mocno, że pod zadaszenie wpadł piękny ptak, którego znałem tylko z obrazków - krzyżodziób. Przerażone zwierze próbowało się wydostać z pułapki tłukąc rozpaczliwie o szybę, ale był na tyle dziki, że kiedy go delikatnie trzymałem, to nie szarpał się strasznie. Brawo ja! W nagrodę była pomarańczowa kofola i wafel kupiony od dziwnie mówiącego pana w roboczych ogrodniczkach w jego własnej kuchni. Dziwnie tam jest. Na wypadek nieczynności baru pod zadaszeniem stoi automat z jedzeniem.




Zjazd z przełęczy do Starego Mesta był dłygi i niebezpieczny, bo jeśli się nie straci przyczepności na piachu, to można rozerwać oponę na ostrym żwirze. Stare Miasto ominęliśmy i nowiutkim asfaltem pognaliśmy w kierunku Brannej. Na tym łączniku - nie będę się ceregielić ani silić na homeryckie porównania - dostaliśmy wpierdol od wiatru. Kiedy wiał z boku, to trzeba było jechać jak w ciasnym zakręcie. Każde drzewo - czyli co pięć metrów - dawało takie turbulencje, że bałbym się tam iść piechotą. Jak zawiało w plecy, trzeba było hamować, a jak w ryj - to w ryj.


Po dziesięciu kilometrach - i mam wrażenie, że po połowie dnia - tej walki dotarliśmy do najlepszego punktu widokowego tego dnia.



I próbując odczarować złe wrażenie z poprzednich wizyt postanowiliśmy zjeść coś w restauracji i mini browarze w Brannej. Cholera, nie wiem jak to określić. Jak ceny w cenniku są takie jak w dobrych restauracjach w centrach dużych miast. Obsługa tak fatalna, za każdym razem, że aż żal.
- Można płacić kartą?
- Tak, ale powyżej stu koron.
- To dwa małe piwa i dwa razy frytki.

Poziom braku entuzjazmu u pani obsługującej klientów - nie tylko nas - został znacznie podbity w porównaniu do poprzednich dwóch wizyt. Oczywiście przyjadę ty kolejnym razem, ale nie w poszukiwaniu kulinarnych uniesień, ale żeby sprawdzić, czy da się jeszcze gorzej. Zresztą z tego samego powodu czasem chodzę do mojego najbliższego stacjonarnego sklepu rowerowego :)


Niedopite napoje i frytki może niekoniecznie pomogły podczas podjazdu do Ostrużnej, ale za to świetnie poprawiły własności trakcyjne na zjeździe do Lipowej. Potem już by sie nic prawie nie zadziało, ale Tomek wynalazł, że od granicy do Otmuchowa jest segment, więc jest opcja na podniesienie średniej prędkości tego nieco powolnego przejazdu, więc rozjazd zrobiliśmy w prędkością średnią 45 km/h. Ale tak wiało, że serce nie wyszło z drugiej strefy.

No może na chwilę wyszło ;)

Niemal identyczną rundę zrobiliśmy przed dwoma laty z innym Tomkiem i Karolem - o tu link

Natomiast fajnie ją rozszerzyć własnie o Dolinę Rakową - jeśli nie robisz treningu i nie masz "dzyndzlofobii" na Stravie, a także fajnie dodać podjazd w kierunku Czarnej Góry i dalej przez Kletno.

czwartek, 8 marca 2018

Pójdę siedzieć

Dzień pełen cudów? Ponad 150 kilometrów żywej przygody, której wspomnienie warto pielęgnować? A może jednak wybryk pozbawiony głębszego sensu? Dziś wszystkie pytania doczekają się pozytywnej odpowiedzi. Dziś sobie golnę i pojadę wprost przed oblicze Matki Boskiej.


Pierwsze kilkanaście kilometrów z Gorlic do Nowego Żmigrodu pokonuję ruchliwą drogą wojewódzką nr 993. Wiem, że to niezbyt wyszukany początek eskapady, jednak w zupełności wystarczy, by coś zaczęło mi świtać. Ładuję się w niezłe bagno.
Do Żmigrodu docieram mokry jak szczur. W miejscowym ciucholandzie próbuję na chybcika nabyć jakieś dodatkowe ortaliony. Gdyby to były późne lata 90-te, a ja wybierałbym się właśnie na stok, byłbym w raju. Niestety, kombinezon narciarski uznaję za całkowicie nieprzydatny w dalszej podróży. Król kreszu to również krok, na który nie jestem jeszcze gotowy.
Te dwa, w porywach trzy stopnie wokół, to żadna tragedia. Tragedią jest ten pokurcz, obsmarkany wypierdek, głupi i szpetny, wiecznie nadęty brat bliźniak wiosennej mżawki. Pieprzony deszcz ze śniegiem! Za Krempną, już w obrębie Magurskiego Parku Narodowego, zaczynam przeklinać ten dzień.
Próbuję przebić się do Nieznajowej. Porażka. Powstrzymują mnie rozległe kałuże, w których za chwilę utonę po kostki. Zawracam zdegustowany, wciąż jednak daleki od rezygnacji. W miejscowości Grab raz jeszcze odbijam w prawo, w kierunku Radocyny. Mijam niewielką Wyszowatkę, gdzie dość niespodziewanie idę w trupa. Jakaś czworonożna bestia idzie w trupa tuż obok, za sekundę dopadnie moją nogę. Masz! Gryź! Na co czekasz? Gryź! Niech ci w gardle staną nowiutkie Shimano! W Tarnowie kupiłem, 199 polskich złotych plus jakieś drobne za bloki. Tak! Przyjechałem tu na rower ze Śląska zapominając własnych butów. Nażryj się obszczymurku!
Kiedy wreszcie udaje się zażegnać niebezpieczeństwo, warunki stają się nie do zniesienia. Wszędzie zalega gruba warstwa błota pośniegowego. Ja w tym zwyczajnie grzęznę. Przez kilkaset metrów uparcie bronię się przed upadkiem. Efekt jest taki, że w błyskawicznym tempie tracę siły. W końcu docieram na szczyt niewielkiego wzniesienia, rozkładam mapę i oceniam własne położenie. Wszystko wskazuje na to, że dalsza droga przez wspomnianą Radocynę, Czarne i Jesionkę będzie wyglądać podobnie, jeśli nie gorzej. Podejmuję decyzję, przed którą podświadomie broniłem się od pewnego czasu. Odwrót. Nie zamknę dziś żadnej pętli, nie odwiedzę pensjonatu Banica, nie wspomnę przy ciepłej kawie tych wszystkich fantastycznych ludzi, których swego czasu tam poznałem. Wycofuję się do spływającej wodą, ale drożnej szosy. Nie jest to jednak ruch bez konsekwencji. Mój umysł zaczyna postrzegać sytuację w kategoriach porażki. Mało tego, pozwala sobie na coraz śmielsze pretensje: było taszczyć MTB, szosę mogliśmy zabrać i pojechać na wycieczkę do Biecza. Skurczybyk wyraźnie gra do własnej bramki. Na szczęście mam świadomość, że to zwykły kryzys i można go pokonać. Muszę tylko kręcić swoje, a jakoś to będzie. Nie zamierzam tu pękać.
Jestem w krainie wilka i niedźwiedzia. Niechaj ich siła i wytrwałość spłyną na moje wychłodzone ciało. Jeśli dopisze mi szczęści, za następnym zakrętem będą czekać jeden z drugim. Widzę wszystko oczyma wyobraźni. Ależ to jest piękna scenka. Szare wilczysko tylko szczerzy kły. Kudłaty miś za pazuchą chowa szarlotkę. Na maleńkim stoliczku maleńki imbryczek. Pić! Chce mi się pić. Do tej pory wypiłem jedynie butelkę soku pomidorowego z tabasco i kilka łyków wody.
Nareszcie Krempna raz jeszcze. Wpadam do pierwszego lepszego spożywczaka i z miejsca proszę o coś na rozgrzewkę. Pani za ladą wyraża troskę o moje zdrowie, po czym rekomenduje nalewkę wiśniową. Tylko żadnej konsumpcji pomiędzy regałami! Nie chcę sprawiać kłopotów, ładuję więc w siebie wyłącznie Colę i paczkę rodzynek, a najmniejszą buteleczkę chowam do kieszonki. Obalam łyka pod przydrożną sosną. Krążenie rusza z mozołem, w końcu fala przyjemnego ciepła dociera do stóp. Nie szukam usprawiedliwienia, ale fakty są takie, że ja w mojej sytuacji nie znajduję lepszego rozwiązania na kompletny brak czucia w prawej stopie. Dwa dni wcześniej kręciłem z Chorzowa do Cieszyna z narastającym bólem Achillesa. Dziś kontuzja daje się jeszcze mocniej we znaki. Od dłuższego czasu jadę ze zblokowaną nogą. Nie mogę nawet ruszać palcami wewnątrz nowego buta (Czy wspominałem już o butach, które zostały na Śląsku?), nie mogę tej cholernej szłapy nijak dogrzać.
Przede mną drogą, na której nie powinienem spotkać żywej duszy. Decyduję się wiec na dalszą jazdę, pomimo obaw o konsekwencje. Nagle klakson! Za plecami ryczy mi klakson, a ja boję się spojrzeć wstecz. Chyba właśnie się doigrałem. Pójdę siedzieć! Zaraz, chwileczkę! Jestem przecież pośrodku niczego, a policja powinna raczej używać koguta. Mateusz przemknął niczym wicher. Tyle zdążyłem wywnioskować z tablicy rejestracyjnej: MATEUSZ. Próbuję się zrewanżować pomstując wniebogłosy. Przechadzające się w chaszczach krowy spoglądają zażenowane. Odpuszczam. Mati znika, równie szybko znika rozgrzewające działanie wiśniówki, za to zmęczenie i ziąb wracają ze zdwojoną siłą. Dłuższą chwile spędzam na wiszącej nad Wisłokiem kładce, gdzie rozmyślam o grzechu. W dolinę wlewa się zmierzch, muszę się zbierać. W samotności pokonuję kilka kolejnych, trudnych kilometrów i oto jest. Środkiem jezdni kroczy Matka Boska, co biorę za oczywisty znak rozgrzeszenia. Uwielbiam te tereny, również za wciąż żywe tradycje kolędnicze.
Przede mną ostatnia prosta. Zostało mi jakieś 30-40 kilometrów do pokonania. Niestety, nie mam już najmniejszych szans, by dotrzeć na miejsce przed zmrokiem. Gdzieś po drodze, w czeluściach zrujnowanego przystanku robię ostatni postój. Na dnie plecaka znajduję batonik i świeżutkie baterie do tylnej lampki. Z moim nonszalanckim, pozbawionym elementarnych zasad szykowaniem się na rower, muszę uznać to za prawdziwy cud. Kto wie, może pod jego wpływem spakuję kiedyś zapasową dętkę?
Następnego dnia pogoda jak dzwon. Słońce, czyste, błękitne niebo. Wsiadam na rower tylko po to, by po kilkuset metrach zawyć z bólu. Do chałupy pod lasem kuśtykam o jednej nodze. Doroczny turniej tańca sylwestrowego wygrał Franciszek.